Ponieważ Polska jest Krajem mlekiem i miodem (ewentualnie bursztynem, czyli amberem) płynącą, możemy zająć się naprawdę istotnymi problemami. Takimi jak uporczywa obecność byłych tajnych współpracowników służb PRL w Naszym życiu publicznym. Nie chcę być posądzony o bagatelizowanie tego problemu; jest to kłopot na pograniczu etyki, historii (nierzadko skomplikowanej) i ewentualnych "haków", które schowane gdzieś w prywatnych rękach mogą stać się narzędziem skutecznego szantażu wobec istotnych osób w Państwie. Osobiście najbardziej skłaniam się ku zakwalifikowaniu tego jako problem etyczny; w "elitach" Polskich wciąż obecnych jest zbyt wielu ludzi, którzy niegdyś skalali się krzywoprzysięstwem, zdradą przyjaciół, niszczeniem życiorysów innych w imię własnych korzyści. Przy czym nie chciałbym analizować przyczyn pchających takich ludzi w objęcia bezpieki - każdy przypadek jest indywidualny. Na potępienie i wyrzucenie z przestrzeni publicznej (nie sądzę, by wypadało dawać takim personom "drugą szansę") z pewnością zasługują oportuniści, podejmujący współpracę z własnej i nieprzymuszonej woli.
Do lustracji "zabraliśmy się" (cudzysłów nieprzypadkowy) w taki sposób, że obecnie żadne proponowane rozwiązanie nie sprawdzi się idealnie. Skutki tego grzechu zaniechania odczuwamy do dziś na tyle mocno, że wywraca to całe Nasze życie polityczne do góry nogami przy okazji nawet zaznaczenia tegoż tematu. IPN-owi, jako podmiotowi dysponującemu materiałami źródłowymi i warsztatem badania dawnej aktywności tajnych współpracowników została przypięta etykieta instytucji skrajnie upolitycznionej przez jedną partię (co jest rozumowaniem nieco na wyrost - pierwszy z brzegu przykład to choćby dyrektor krakowskiego oddziału, Marek Lasota, radny sejmiku z ramienia PO). W taką etykietę gro społeczeństwa uwierzyło, i cokolwiek IPN zrobi, zawsze pozostanie spory odsetek ludzi uważających ocenę czyjejś działalności jako TW za zemstę polityczną, za bycie "policją historyczną" i grzebanie w życiorysach. Najlepsze byłoby w mojej ocenie całkowite, kompleksowe otwarcie archiwów - jak mawiają, prawdziwa cnota krytyki się nie boi, a kto zechce, ten się z życiorysem człowieka zapozna, niechże potem ów człowiek na (dla przykładu) spotkaniach przedwyborczych tłumaczy, dlaczego zrobił tak, a nie inaczej. Jedni uwierzą, drudzy nie, ale będzie chociaż kawa na ławę. Przyznaję jednak, że argumenty o fałszowaniu teczek przez SB i koloryzowaniu rzeczywistości agenturalnej (co z pewnością się zdarzało) mogłyby zatruć życie wielu niesprawiedliwie posądzonych, a przyzwoitych ludzi. Być może zatem zamiast robić cokolwiek, należałoby zaczekać aż sama natura rozwiąże za Nas ów gordyjski węzeł.
Rozpisuję się o tym dlatego, bom przeczytał informację o ponad 130-tu ludziach zatrudnionych w MSZ (rządzonym, by było śmieszniej, przez Sikorskiego od "strefy zdekomunizowanej") - każdy z nich był niegdyś TW. Siedmiu spośród tego zastępu współpracowników służb PRL kieruje placówkami dyplomatycznymi. Wiadomo, że dyplomacja jest materią niezwykle delikatną, gdzie osobiste kontakty i sieć znajomości buduje się latami, a gołowąs i żółtodziób przyucza się do zawodu długo. Jeśli więc kierować się kryteriami merytorycznymi, to z pewnością większość owych TW jest dobrym wyborym personalnym; mają niezbędne doświadczenie i umiejętności. Świat nie zechce zaczekać, aż przyuczymy sobie nowe kadry. Warto też zaznaczyć, że każdy z nich złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne (o czym nierzadko "zapominają" politycy samorządowi) i nawet Anna Fotyga przyznaje, iż usunąć takowych ludzi z pracy nie sposób.
PiS zaapelowało o zamknięte posiedzenie sejmowej komisji w tej sprawie i informację Radosława Sikorskiego. Wyczerpującą - czy nie dałoby się owszem, zachować tych ekspertów w resorcie dyplomacji, ale niekoniecznie pchać ich na eksponowane stanowiska zagraniczne, w dodatku okraszone dostępem do informacji niejawnych. Strona rządowa broni się, że wszyscy oni są fachowcami i jako tacy dają rękojmie prawidłowego wypełniania swoich obowiązków, mało tego, niektórzy z nich cieszyli się zaufaniem śp. Lecha Kaczyńskiego. Takiego argumentu Fotyga i jej partyjni koledzy z komisji zlekceważyć tak łatwo nie mogą, ale sprawa z pewnością jest rozwojowa i oby tylko nie zamieniła się w gorszący, a wychodzący poza granice Polski spektakl.
W związku z tą sprawą naszła mnie jednak smutna konstatacja - o trudnych wyborach w czasach przełomu. Mogliśmy budować Państwo od zera, opierając się całkowicie na swoich niedoświadczonych (acz lojalnych i nie splamionych współpracą z wrogim ustrojem) ludziach, albo zawierzyć części fachowców odziedziczonych po poprzednim państwie. O ile w dyplomacji takie zawierzenie było jeszcze w miarę logiczne, to w przypadku służb i policji chyba jednak nie, jakkolwiek szczelne by weryfikacyjne sito nie było.
Tyle tylko, że bardzo łatwo wysunąć wówczas argument - brak "oczyszczenia" dyplomacji z reliktów PRL-u, ludzi na całego współpracujących z bezpieką i służbami prowadzi do przypadków typu Turowski. Trudna ta Nasza historia, a "gruba kreska" potrafi się odbijać czkawką nawet do 2012 roku.
3025
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (18)