Uwielbiamy imitować w Polsce rozwiązania zza granicy. Nie jest to bynajmniej wyrzut, jeśli bierzemy od innych to, co najlepsze - i potrafimy podobnie dobrze wykonać to nad Wisłą. Cóż - stara prawda głosi, że ze wszystkich zachodnich nowinek jakie zaadaptowaliśmy, najlepiej wyszły nam McDonaldy. Inne cudze pomysły realizowaliśmy z mniejszym lub większym szczęściem. Tak na marginesie, to mogliśmy chociaż wzorować się na Amerykanach względem szacunku dla własnego Państwa i względem surowości podatkowej (zamiast tego - w całej bezczelnej krasie - unikający różnymi sztuczkami prawnymi płacenia należnych sum Adam Gessler ma swój program w telewizji publicznej i jest uważany za "celebrytę"; w Stanach spotkałby się z ostracyzmem i zostałby skazany na śmierć cywilną).
Najwyraźniej jednak do zbiorowej odpowiedzialności za Kraj jeszcze nie dorośliśmy, więc jak na razie w najlepsze małpujemy (to chyba dobre słowo) rzeczy okołopolityczne : przy czym nie usprawniające działanie Państwa rozwiązania systemowe, a całą "amerykańską" otoczkę, typu "trendy" i "cool" konwencje partyjne, podróże autobusami wyborczymi, debaty przedwyborcze. To wszystko bardzo fajnie wygląda w telewizji i daje Nam wszystkim złudne wrażenie ucywilizowania klasy politycznej, ale jednak jakkolwiek pięknie wymalujemy skorupkę, wydmuszka niezmiennie pozostaje przeraźliwie pusta. I właśnie nad debatami przedwyborczymi chciałem się w niniejszej notce pochylić.
Polacy je pokochali; media zaś przywiązują do nich taką wagę, jak system edukacji do matury (zalakowane koperty, kurierzy, dzwonek komórki oblewa całą salę, po prostu zabójstwo Kennedy'ego) - delikatnie mówiąc, podpalając się nieco na wyrost. W zalewie profesjonalnej realizacji obrazu, gry świateł, nienagannych garniturów i gwiazd dziennikarskich wszyscy udajemy, że nawet politycy stają na wysokości zadania. Ot, na godzinkę lub dwie umawiamy się wszyscy, że nie widać ich nieprzygotowania, amatorszczyzny, małostkowości i mizerii. W zamian możemy się poczuć jak prawdziwa, dojrzała zachodnia demokracja (skoro wszyscy pragniemy takiej zdrowej demokracji i tak chcemy ją imitować, dlaczegóż wciąż wybieramy ludzi tkwiących w azjatyckim modelu polityki?).
Puśćmy na chwilę wodze fantazji: w 2015 roku czekają Nas kolejne wybory parlamentarne. Ustalmy hipotetycznie, że ani Donald Tusk nie wyrwał się z Polskiego grajdołka na eksponowane stanowisko europejskie, a Kaczyński nie został prezydentem. Obaj nadal - jako nieodrodni władcy "partii wodzowskich" - chcą działać na parlamentarnym podwórku. Obaj też cieszą się na tyle dobrym zdrowiem, że nie są jeszcze spychani na boczny tor przez młodszych. Debata przedwyborcza byłaby więc logiczną konsekwencją. No właśnie, logiczną. Umownie pisząc, po 10 kwietnia 2010 roku w Polskiej polityce padło (stan na dzień 4 września 2012) tyle niepotrzebnych, mordujących zdrową debatę publiczną słów, że równia pochyła wydaje się nie mieć końca.
Na użytek konwencji umówmy się jednak, że do debaty dochodzi - żadna ze stron nie uchyla się od rozprawy z oponentem. I tu zaczynają się schody : siada naprzeciwko siebie dwóch spełnionych życiowo, dojrzałych facetów z których jeden uważa, że drugi maczał palce w śmierci jego brata, a ten drugi oskarża pierwszego o zdradę narodową. Jeszcze raz zaznaczam - operujemy historią inwektyw i epitetów na chwilę obecną, za trzy lata wachlarz określeń będzie z pewnością o niebo szerszy. O czym ci faceci mają ze sobą rozmawiać? Jaki pogląd na Polskę mają przedstawić wyborcom, skoro wciąż spoglądają na siebie wilkiem? Kiedyś byli na "ty", mniej lub bardziej się kumplowali, niejedno winko zapewne razem wypili, mieli wspólnych przeciwników politycznych. Obaj są absolutnymi władcami dwóch największych partii w Polsce, obaj mają swoich zagorzałych obrońców i są znienawidzeni (niestety, tak czysto fizycznie; skala nienawiści już dawno przekroczyła niechęć do polityka, zaczęła się nienawiść do człowieka) przez zapalczywe części elektoratu konkurenta. I ani jeden, ani drugi nie robi nic, by zahamować spiralę nienawiści skutkującą "przypadkiem Cyby", odnosi się nawet wrażenie, że w gruncie rzeczy jest im to nawet na rękę. Bo nic tak nie zcala ludzi jak nienawiść wobec wroga.
Zasadniczo obydwaj mają podstawowy problem: tak na logikę, po byciu wielokrotnie obrażanymi daliby sobie po twarzach, jak mężczyźni. Miast tego wolą udawać, że są ponad to. I bawią się w poważną politykę. Bawią się - bo poważna polityka nie polega na obrzucaniu się najgorszymi z możliwych oskarżeniami, a potem uczestniczeniu w pracach tego samego Parlamentu jak gdyby nigdy nic. Ba! proszę wybaczyć trywializowanie problemu, ale pobieranie niemałych pieniędzy z budżetu Państwa zarządzanego przez znienawidzonych oponentów nijak nie przeszkadza niektórym politykom opozycji głosić swoich tez o tym, że "Państwa nie ma". Znów odwołam się do przykładu Stanów: w swoim czasie prezydenta Nixona odsądzano od czci i wiary, ale jednak po odejściu z Białego Domu był tam nadal zapraszany przez innych prezydentów, nawet nie pochodzących z jego politycznej bajki; przekaz do Amerykanów jest jasny : owszem, możemy się nie lubić, mogą być różnice między nami, ale jesteśmy jedną drużyną, szanujemy Państwo i jego demokratyczne struktury, bierzcie z nas przykład. W Polsce o takim jednoznacznym symbolu wzajemnego szacunku możemy tylko pomarzyć - ale po co Nam, lepiej obrzucać się kalumniami i kopać kolejne doły.
Dlatego w 40 milionowym Kraju w środku Europy debaty dwóch najistotniejszych polityków nie będzie. Obydwaj żyją w innych światach - światach swoich popleczników, chuchających i dmuchających na ich dobre samopoczucie. Z wygłodniałych drapieżców politycznych zamienili się w rozpieszczonych sybarytów, uznających, że racja jest po ich stronie "bo tak", w czym utwierdzają ich gromadzący się pod drzwiami gabinetów potakiwacze. Ludzi mających własne zdanie wyrzucili z partii lub zmarginalizowali.
Nie chcę być źle zrozumiany; nie nawołuję do tego, by Kaczyński wybaczył Tuskowi katastrofalny bałagan w Państwie, pośrednio prowadzący do tragedii z 10 kwietnia. Nie nawołuję Tuska do tego, by przebaczył ludziom wyzywającym go od zdrajcy na usługach Moskwy, a nie przedstawiającym na to żadnym dowodów. Każda strona ma swoje za uszami, bez wątpienia - i każda ze stron uznaje przy okazji, że prawda (dużo mamy tych prawd w Polsce obecnie) stoi po ich stronie bez żadnych wątpliwości. Dochodzi do tego tłumaczenie iście dziecinne: skoro przeciwnik gra chamsko, my nie możemy być dłużni. Wzajemna spirala nienawiści nakręca się do absurdalnych rozmiarów, ku uciesze zagranicy, bo Państwo sparaliżowane kłótniami to Państwo słabe. I fabryka samochodów może wylądować na Słowacji, nie w Polsce, tak dla przykładu.
Nie chodzi więc o to, by coś sobie wybaczać, albo szukać pojednania mimo wzajemnego rachunku krzywd. Nierzadko - przy obu stronach - pewne rachunki krzywd będą jak najbardziej uzasadnione, bo wściekłe obrzucanie się "lemingami" i "pisiorami" do najprzyjemniejszych nie należy, żeby daleko nie szukać. Chodzi o normalność. Nie aspirujmy do bycia - przynajmniej od razu - dojrzałą demokracją. Bądźmy normalną demokracją, Krajem z normalną debatą publiczną, z debatami przedwyborczymi wszystkich polityków, z minimalnym poziomem szacunku jeśli nawet nie dla oponenta w Sejmie, to chociaż dla jego wyborców, bo to tacy sami Polacy jak inni. I nie jest dla mnie żadnym argumentem, że w Korei Południowej posłowie leją się po pyskach, a mimo to kraj jest mlekiem i miodem płynący.
Najśmieszniej jest przejechać się za Warszawę, żeby odpocząć od zgiełku wielkiej "polityki". W Polsce prowincjonalnej lokalni działacze PO i PiS współpracują ze sobą w miarę spokojnie. Nie mówię, że się fraternizują na codzień, ale pisowski przewodniczący rady miasta (historia z pierwszej ręki) bez większej zgryzoty chodzi na wódeczkę z platformerskim prezydentem miasta. Nie ma agresji, nie ma wściekłości, nie ma wyrzucania sobie wzajemnie słowa "zdrada" odmienianego przez wszystkie przypadki - żyjemy w jednym mieście, znamy się dobrze i nie ma sensu iść na noże bez potrzeby. Dopiero kiedy takowy działacz lokalny zostaje posłem, no, to wówczas musi już wszczepić sobie "chip posłuszeństwa" i gadać największe głupoty pod adresem przeciwnika, bo przecież jest na świeczniku, a linia partii jest jaka jest.
Wygląda więc na to, że w tej rujnującej Polskę karuzeli uczestniczy tylko grupa kilkuset ludzi w Warszawie, zaprzągająca do swoich niesnasek całe społeczeństwo. Nawet nie wiadomo w imię czego, bo z prawdą i przyzwoitością to już dawno ma niewiele wspólnego.
3721
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (68)