Trzej bohaterowie poczuli się tak, jakby się znaleźli na widowni jakiegoś kolosalnego teatrum. Za skrzydłami drzwi, niczym za rozsuniętą kurtyną, znajdowała się olbrzymia sala, choć nie mogli należycie ocenić jej wielkości ze względu na ograniczone ościeżnicami pole widzenia. Chodnik w swastyki i różowe słonie biegł prosto poprzez lśniący parkiet niczym wąska dróżka wśród bezkresu azjatyckiego stepu. Gdzieś tam, na krańcu, tuż przed linią horyzontu, dróżka zderzała się z wyjaśnieniem swojego przeznaczenia: stało tam dębowe biurko, zapewne jedno z większych biurek jakie dane im było widzieć, a jednak niknące w tej bezkresnej przestrzeni. Nad biurkiem, niby słońce, zawieszony był gigantyczny neon w kształcie swastyki w kole, jarzący się bladoniebieskim światłem i dziwnie skrzący, jak gdyby w szklanych rurkach przesypywał się jakiś czarodziejski złoty pył. Sufit komnaty tonął w mroku, co wzmacniało poczucie ogromu kubatury, jako że nie sposób było dostrzec żadnego kresu, żadnej domniemanej choćby jej limitacji. Po prawej stronie dało się jeszcze zauważyć klasycznie gotyckie okno niezwykłej urody i drzwi prowadzące na taras, a zawieszona nad drzwiami firanka łopotała na wietrze. Za oknem, wydobyte z mroków zimowej nocy srebrnym światłem księżyca, srożyły się ostrymi krawędziami skalnych bloków majestatyczne alpejskie szczyty.
Największym refleksem wykazał się Kloss. Ohłonąwszy z pierwszego, piorunującego wrażenia, zerwał się na równe nogi, wygładził mundur, sprawdził prawidłowe położenie żelaznego krzyża pod kołnierzem, po czym, utkwiwszy wzrok w przestrzeni, wyprężył jak struna. Brunner i Stirlitz skwapliwie poszli w jego ślady. Wtedy coś zaskrzeczało nad otwartymi drzwiami - maleńki plastykowy głośniczek wpierw zabuczał cichutko, a potem odezwał się nieco zniekształconym beznamiętnym głosem automatycznej sekretarki: - Panowie: Stirlitz, Brunner i Kloss, Wilkommen!
Strażnicy, jak nakręcane figurki wykonali zwrot stając twarzami do siebie i prezentując broń: przestarzałe karabiny, z długimi bagnetami u nasad luf.
- Lewą - syknął Stirlitz komendę i ruszyli we trzech, ramię przy ramieniu, równym, spokojnym krokiem w kierunku majaczącego w oddali biurka. Nie uszli nawet pięciuset metrów, kiedy oświetlił ich punktowy reflektor. Światło padało z góry umieszczając ich, idących, w centrum oślepiającego kręgu. Reflektor, wyposażony zapewne w czujnik ruchu, posuwał się bezszelestnie nad ich głowami nie pozwalając, aby w swoim marszu wydobyli się poza ów krąg. Szli tak, krokiem paradnym przez bezkres parkietu długie minuty, aż przestrzeń po ich lewej stronie rozjarzyła się delikatną, błękitną poświatą. Zerkali ciekawie, każdy z nich trzech bez wyjątku łypiąc lewym okiem i starając się jednocześnie nie odwracać wyprostowanych głów, co nie było łatwe. Równolegle do trasy ich marszruty, w odległości najwyżej kilometra, błyszcząca powierzchnia podłogi urywała się ostrą linią. Za nią, w dole, znajdowało się proscenium, z którego teraz, wynoszona na platformach, bezszelestnie dzięki nowoczesnym amerykańskim hydraulicznym podnośnikom, wyłaniała się wielka orkiestra. Natchnione twarze muzyków lśniły w błękicie, smyczki zwisały nad pudłami rezonansowymi dziesiątek skrzypiec, altówek, wiolonczeli i kontrabasów. Trębacze, waltorniści i oboiści wydęli policzki gotowi do wydobycia zaplanowanych dźwięków, kotlarz uniósł pałeczki w obydwu dłoniach. Wyglądali jak wielki kolektywny tygrys czający się do nagłego, śmiertelnego ataku.
I oto, na znak maestro Herberta von Karajana, sprowadzonego na tę okazję specjalnie z Wiednia, popłynęło ku sklepieniu Preludium Liszta.
- Wunderbar! - wyszeptał Brunner i widac było, że ten człowiek, znany w swojej pracy jako stary cynik, jest szczerze i naprawdę wzruszony. Szli zasłuchani, oczarowani tą muzyką, oślepieni światłem reflektora, podobni ściganym afrykańskim slońcem chłopcom Rommla z Afrika Korps, a czas przestał istnieć, bo to nie ta muzyka rozbrzmiewała cudownymi dźwiękami w czasie, to czas wydobywał się z tej muzyki. Aż doszli do finału. Ręka dyrygenta, precyzyjniejsza chyba jeszcze od od ręki zegarmistrza albo neurochirurga przeprowadziła wspaniałe forte, które wybrzmiało, kiedy stanęli u stóp biurka, na krańcu dywanika w swastyki i różowe słonie. Wtedy wszystko przygasło. Orkiestra skryła się w ciemnosciach, a ich samych również otulił półmrok, ciepło rozrzedzany pomaranczowym światłem eleganckiej lampy art deco stojącej po lewej stronie blatu, zza którego przenikliwym wzrokiem spoglądała na nich twarz człowieka numer dwa w tysiącletniej Trzeciej Rzeszy, twarz Martina Bormanna. Chcieli zasalutować, zameldować swoje przybycie, ale gospodarz powstrzymał ich przeczącym ruchem głowy. Wstał, a ponieważ biurko, ciężkie, mahoniowe, arystokratyczne w formie i imperialne w treści, umieszczone było, zgodnie ze wszelkimi zasadami socjotechniki, na postumencie, wydawał się być olbrzymem przeniesionym prosto z baśni braci Grimm. Potężnie wysklepiona klatka piersiowa i atletyczne bary zdawały się rozsadzać zaprojektowany dla chudych intelektualistów partyjny mundur. Kołnierz brunatnej koszuli niczym sznur opinał byczą szyję, na której tkwiła solidnie umocowana okrągła głowa, z lekko wystającą kwadratową żuchwą. Nad wąską jak blizna po nożu linią ust nabudowany był szeroki, zwierzęcy, włochaty nos, łamiący się tuż nad końcem wystającej kości nosowej ku brwiom. Po jego bokach wyciosane były oczy. Ciężkie, nieruchome powieki osłaniały lekko pożółkłe białka nadając całej twarzy wyraz znużenia, ale i spokoju. Źrenice miał nienaturalnie rozszerzone, co mogło potwierdzać plotkę, że był morfinistą. Tęczówki, słabo widoczne, miały kolor stali. Teraz, te dwa, przerażające wszystkie świeżo przyjęte do pracy w kancelarii sekretarki, punkty wpatrywały się beznamiętnie w przybyłych, a ci kurczyli się i bledli poddając się wszechogarniającemu naporowi dominacji jego elektryzującej osobowości.
- Siadajcie panowie - wskazał im trzy wygodne fotele, które cicho szumiąc elektrycznymi silniczkami podjechały samobieżnie i otoczyły biurko. Głos miał głęboki i miękki, choć matowy: pewny siebie, nawykły do wydawania poleceń i rozkazów. Spełnili więc pospiesznie to żądanie, choć zadanie, jak się okazało, nie należało do najłatwiejszych. Wszystkie sprzęty, nie wyłączając foteli, zdawały się być powiększone o połowę w stosunku do rozmiarów, do których przywykli, co również było przejawem socjotechniki doprowadzonej na szczyty geniuszu. Najwyższy z nich trzech - Stirlitz - dwa razy zsunął się na pupie zanim udało mu się zająć wygodne miejsce, a Kloss i Brunner, po kilku nieudanych próbach, odpuścili sobie etykietę i wgramolili się na siedziska na kolanach, wciągając się rękami trzymanymi na oparciach. Wreszcie zasiedli wszyscy, majtając stopami, które znajdowały się jakieś dziesięć centymetrów nad ziemią. Bormann przyglądał im się przenikliwie, przenosząc z jednego na drugiego wzrok, ostry jak nóż laserowy; wreszcie osunął się na oparcie fotela, splótł ręce na brzuchu i... zachichotał wyraźnie zadowolony z udanej psoty
- No jak, podobało się?- w pytaniu dawało się odczuć dumę i odrobinę niepokoju, czy się chłopakom podobało.
- Fascynujące - wyszeptał w odpowiedzi oczarowany Kloss.
- Fascynujące, fascynujące - potwierdzili jak echo Brunner i Stirlitz.
- Ale tak szczerze - Bormann zagryzł zębami dolną wargę, wąską jak kreska.
- Fascynujące, czy może też: gigantyczne, niepowtarzalne i horrendalnie ekscytujące?
- Gigantyczne, niepowtarzalne i horrendalnie ekscytujące - odpowiedzieli ochoczo tamci trzej.
- No to cudownie! - ucieszył się Bormann - Mam tu jeszcze taką kulę... - przez chwilę zniknął za biurkiem, wyciągając coś z szuflady, i oto zaprezentował szklaną kulę wielkości dużej pomarańczy. W środku owej kuli zatopione były figurki baletnicy z podniesionymi ramionami i dobosza w huzarskim mundurze. Bormann wysunął przed siebie znalezisko na wyciągniętej dłoni, żeby lepiej widzieli i potrząsnął, a w kuli zamigotało złoto-białym śniegiem; lśniące płatki wolno opadały na dno, tworząc zadziwiające wzory. Patrzyli jak urzeczeni.
- Swastyka - wskazał do góry na pulsujące nad nimi godło - działa na tej samej zasadzie... - I mam jeszcze magiczną latarnię! - pochwalił się.
- Ale - uciął nagle i spojrzał surowo tymi swoimi oczami antycznego posągu - Dość krotochwil! - gwałtownym ruchem schował zabawkę z powrotem do szuflady, którą następnie zatrzasnął kolanem.
- Zebraliśmy się tutaj w sprawach wagi państwowej! Lampa, która dotychczas świeciła pomarańczowym, przyjemnym światłem, zmieniła nagle kolor na nieprzyjemnie zimno-niebieski.
- A więc, meine Herren - mówił w sposób zdecydowany i silny. Niczym automat Schmeissera, przerażająco równo wystrzeliwał teraz sylaby i słowa
- Chciałbym was zapytać, a przyznam się, że bardzo zależy mi na szczerej i konkretnej odpowiedzi, biorąc pod uwagę wasze długoletnie doświadczenie, inteligencję - tu przerwał i z pewnym zakłopotaniem spojrzał na Klossa - oraz zasługi, które wielce sobie ważymy w Kancelarii Rzeszy, otóż chciałbym was zapytać, o rzecz, która ma zasadnicze i podstawowe znaczenie dla naszej przyszłości. Dość, jeśli powiem, że sam Führer - zawiesił głos - Jest całą sprawą żywo zainteresowany. Tu przerwał, nie wyjawiwszy im ciągle treści owego pytania, które miał zadać, zapewne po to, aby spotęgować wrażenie. (A trzeba w tym miejscu dodać, że Bormann był trochę efekciarzem. Znano go w towarzystwie z zamiłowania do takich tanich sytuacyjnych ekwilibrystyk). Kloss wiercił się niespokojnie, uszy mu pałały czerwienią z niecierpliwości. Stirlitz w charakterystyczny dla siebie sposób zachował kamienny wyraz twarzy, mrugnięciem oka nie okazując, że cała ta sytuacja jakoś go porusza, ale jego mózg pracował na najwyższych obrotach analizując możliwy rozwój zdarzeń i przygotowując reakcje alternatywne, na wypadek, gdyby któraś z analiz okazała się trafna. Brunner z kolei uniósł się lekko, przyczaił i choć również nie okazał napięcia, to widać było, że też czeka na wyjaśnienia z olbrzymią ciekawością.
- Otóż - podjął na nowo Bormann, gdy uznał zamierzony efekt za osiągnięty - Führer chciałby wiedzieć - tu, pozwólcie panowie, że podkreślę, iż życzenia Führera są dla nas wszystkich, pracowników Kancelarii, rozkazami i naprawdę, cały nasz kolektyw dokłada wszelkich starań, aby nasz szef czuł się u nas naprawdę komfortowo, a nie jest to łatwe zważywszy na ogólną sytuację w której znalazł się nasz biedny kraj (our pour country); czy, mianowicie, przepraszam, że tak bez owijania w bawełnę, nota bene, cóż za beznadziejna przenośnia, zupełnie bez sensu... Ale wracając do głównego wątku - Bormann jakoś tak się zawstydził, przycichł, rozejrzał się nawet ukradkiem - otóż Führer chciałby znać zdanie panów na problem istnienia - bądź też nieistnienia - mówił już prawie szeptem; głos mu drżał i podskoczył o oktawę - Boga. Zaległa pełna trwogi cisza. Jak makiem zasiał. Groza swoją lodowatą dłonią schwyciła serca trzech mężczyzn, a z niejednego przecież pieca chleb jedli i nie dwie butelki alkoholu skonsumowali w swoim dorosłym życiu, jak to się potocznie nieraz powiada. Analizy Stirlitza wzięły w łeb, mówiąc kolokwialnie, Brunner wciąż jeszcze nie mógł otrząsnąć się po ciosie, a uszy Klossa stały się nieomal purpurowe, co, w połączeniu z niebieskim światłem lampki dawało fioletowy efekt. Nic więc dziwnego, że lampa zmieniła po raz kolejny kolor świecenia i zapłonęła dla odmiany światłem jasnym i białym.
- No więc, panowie - Bormannowi powrócił rezon. Był, mimo wszystko, zachwycony wrażeniem jakie wywołało jego nieprawdopodobne pytanie - Bardzo proszę, kto pierwszy?
- On! - zawołał Brunner wskazując na Klossa
- On! - zawołali jednocześnie Stirlitz i Kloss wskazując na siebie nawzajem
- Kloss! Bo zaraz temu panu opowiem jak nasikałeś do donicy w ministerstwie propagandy! - zawołał Brunner.
- Brunner, ty świnio, to ty mnie namówiłeś, a ty, to co, niewiniątko? A kto podkładał pineski pod pupy notabli na partaitagach?
- Ja? - oburzył się nieszczerze Brunner - Że ja podkładałem? Nie ośmieszaj się Hans...
- Cisza! cisza! cisza! - zawołał Bormann podkreślając każde słowo siarczystym uderzeniem drewnianą linijką o blat biurka - Dość tego! Poproszę dzienniczki! Natychmiast! Doigrali się! Kloss rozżalony wyjął dzienniczek z kieszeni swojego munduru i zagryzając wargi ze złości rzucił go na stół
- Bo zaraz w łapy dam! - zagroził Bormann - bez fochów Kloss! Brunner podał Bormannowi swój dzienniczek posyłając Klossowi pełne nienawiści spojrzenie, Stirlitz też już wyprowadzony z równowagi mało co nie spadł z fotela, kiedy wychylił się aby położyć swój obok pozostałych dwóch.
- No - powiedział Bormann - I jutro przyjdą wasi rodzice, na jedenastą.
- Moja mama nie może - powiedział cicho Kloss oglądając paznokcie.
- Dlaczego? - zirytował się Bormann
- Zginęła w Stutthofie w 1941.
- A - głos Martina Bormanna złagodniał - to ojciec niech przyjdzie...
- Też nie może, panie Reichsleiter, bo walczy w polskiej partyzantce na Pomorzu.
- A, no tak, zapomniałem - Bormann zajrzał pod stół gdzie miał poprzyczepiane różne kartki z notatkami - Tak z ciekawości Kloss, wasz ojciec walczy w AK czy NSZ?
- W AK - odpowiedział szybko Kloss i już jak kończył mówić, to zrozumiał, że palnął największe głupstwo w swoim życiu. Odwrócił głowę w stronę drzwi, bo jak go ktoś demaskował to się zawsze obrażał, taki już był ten Kloss. A teraz, na dodatek, sam się zdemaskował. Brunner wybuchnął triumfalnym śmiechem, a zawtórował mu Stirlitz głośno i nieszczerze.
- Ale numer! Hans, no, no, tego się po tobie nie spodziewałem, taki to z cicha pęk, taka cicha woda, niby ani be, ani me, a tu proszę - polski szpieg! - tryumfował Brunner.
- Pan, Stirlitz nic nie mówi? - zagadnął znienacka Bormann Stirlitza.
- Tak, właśnie chciałem coś powiedzieć - Stirlitz zastanowił się chwilę, a jego mózg, dzięki długiej czaszce dwukrotnie dłuższy niż mózg zwykłego człowieka, przeprowadzał miliony operacji na sekundę.
- Tak, chciałem powiedzieć, że jestem oficerem sowieckiego wywiadu, myślę, że w tej sytuacji nie ma sensu już tego dłużej ukrywać - Zrozumiał, że wszystko skończone. Zrobiło mu się nawet jakoś tak lekko na duszy, która, tak nawiasem mówiąc, też była dłuższa od dusz innych ludzi.
- Donnerweter! - Brunner gwizdnął przeciągle - Jestem... no, powiem wam panowie, że to przerosło moje najśmielsze wyobrażenia - wciąż jak gdyby nie mógł uwierzyć i nagle się zaniepokoił - Ale, panie Reichsleiter, że by nie było nieporozumień, ja z tym nie mam nic wspólnego!
- Zgadza się, Brunner - odparł spokojnie Martin Bormann - Pan, akurat nie jest szpiegiem; jest pan rodowitym Niemcem z Nadrenii, co wcale nie znaczy, że pana położenie jest lepsze, niż dwu pozostałych panów - wskazał linijką na Klossa i Stirlitza.
- Jak to?
- Ano, mam głęboko w nosie, czy jesteście szpiegami, Polakami, Niemcami, Rosjanami, czy Marsjanami. My tutaj w kancelarii i tak wiemy o was wszystko.
- Wiedzieliście? - jęknął Kloss.
- Ależ oczywiście, niech pan nie będzie dzieckiem Kloss, niech pan nie będzie dzieckiem...
- Ale ja mam dopiero pięć lat - chlipnął Kloss
- A to fakt - Bormann spojrzał na Klossa zaskoczony, jak gdyby zapomniał o tym, o czym wszyscy wiedzieli - Pan wybaczy, jest pan dzieckiem nad wyraz rozwiniętym, no przynajmniej w sensie fizycznym, stąd, rzeczywiście, jakoś zapominam o tym. Jak już mówiłem, guzik mnie obchodzi, czy jesteście Szwedami, Turkami czy Murzynami. To, w tym momencie nie ma najmniejszego znaczenia; to się w ogóle nie liczy. Ja na przykład jestem Żydem i co z tego? Przeszkadza to panom?
- No - ostrożnie odparł Brunner a gardło miał wyschnięte na wiór - chyba nie... chociaż, to... to raczej niezwykłe.
- A cóż niezwykłego dla szanownego pana wynika z faktu, że jestem Żydem? Czy to szanownemu panu przeszkadza, pomaga czy jest obojętne?
- Obojętne - z rezygnacją rzucił Brunner.
- Dobrze więc - przerwał im przekomarzanie Stirlitz - wszystko jasne więc grajmy w otwarte karty: Dlaczego nie każe nas pan aresztować i rozwalić nawet i bez sądu, jeśli pan nas zdemaskował? Dlaczego w sercu Trzeciej Rzeszy otwarcie przyznaje się pan do swojego niearyjskiego pochodzenia i co to, do ciężkiej cholery za cyrk? - mówiąc cyrk huknął pięścią w oparcie fotela. Stirlitz. Major Stirlitz. Z NKWD.
- A właśnie - odparł mu Bormann - że trafił pan w sedno. Znajdujemy się w sercu Trzeciej Rzeszy jak zechciał to pan ująć, a serce, panowie, wybacza, serce puszcza w niepamięć, serce jest cierpliwe... Zechciejcie spojrzeć panowie na świat z innej nieco strony, widziany oczyma państwowego miłosierdzia. Spójrzcie nań przez pryzmat naiwnego dziecięcego zachwycenia małego funkcjonariusza, a jeśli tak uczynicie, to okaże się, że świat wygląda zaskakująco odmiennie od naszych o nim wyobrażeń. Zresztą, na wytłumaczenia przyjdzie czas później. Teraz chciałbym panowie, żebyśmy wrócili do naszego pytania. Tylko już, bardzo was proszę, bez kłótni! Skupmy się na nim, bo, jak się okaże, problem jest znacznie bardziej istotny od faktu, czy jesteśmy Żydami czy Eskimosami.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)