DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN
50
BLOG

V. OU VONT LES FLEURS (MAN AT WAR)

DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN Polityka Obserwuj notkę 3

    Hitler rozparł się wygodnie w swoim chodziku, oparł dłonie o górną ramkę liczydła i przymknąwszy lekko oczy zaczął swoją opowieść.

- Być może nie podejrzewaliście nawet, panowie, widząc we mnie przede wszystkim działacza politycznego, społecznego - tu skinął głową w kierunku Brunnera - albo łajdaka, krwiożerczą bestię, demona zniszczenia - spojrzał na Klossa a potem na Stirlitza - że przede wszystkim jestem artystą. Tak, panów zdziwione spojrzenia najwymowniej świadczą o nieporozumieniu, jakie mnie osobiście dotknęło, wobec czego powtórzę raz jeszcze: przede wszystkim jestem artystą. Już od najmłodszych lat czułem w sobie powołanie, nazwijmy je, estetyczne. Pewne rzeczy, pewne sytuacje pojawiające się w moim otoczeniu, najbanalniejsze nawet, ot, choćby przedmioty codziennego użytku, napawały mnie straszną złością i chęcią niszczenia, inne natomiast napawały mnie nieprawdopodobną radością i spokojem ducha. Kiedy osiągnąłem ten poziom samoświadomości, który pozwalał na wybór własnych kryteriów oceny rzeczywistości, dostrzegłem, że kryteria te są kryteriami przede wszystkim estetycznymi właśnie. Odkryłem istnienie we mnie pewnego wzorca ładu, dzięki któremu dokonywałem rozróżnień. Piękno i brzydota, ład i chaos, dobro i zło, niechęć i podziw, miłość i nienawiść, pogarda i uwielbienie: te pary przeciwieństw zdawały się należeć do równie przeciwnych estetycznych porządków. Skąd wzięło się we mnie tak silnie zakorzenione poczucie estetycznego ładu? Odpowiedź mogła być tylko jedna. Porządek ten, mimo widocznych znamion rozkładu, musiał być wpisany w otaczający mnie świat. Obecny był i w pięknie naturalnym - wskazał ręką na alpejskie szczyty za oknem - jak i w rzeczywistości społecznej moich lat dziecinnych. Ale jak nazwać ten porządek, skąd wywieźć jego źródło? Znalazłem odpowiedź: źródłem ładu i porządku mogła być tylko Europa, a właściwie jej duchowy, a więc i estetyczny, kulturowy paradygmat! Lecz choć sam żyłem w jej sercu, nie mogłem nie zauważyć, że intuicyjnie wyczuwane pokłady estetycznego, wywodzącego się ze wspólnych korzeni, ładu zmagać się wciąż muszą z falami obcego im porządku, a porządek estetyczny nie może być niejednolity. Choćby się przemieniały formy, choćby zmieniały się trendy i mody, to rdzeń, archetyp, musi pozostawać niezmienny, inaczej zużyje się w morderczych walkach, osłabi, a nawet zwiędnie i zaginie. Lata młodości poświęciłem na próby wysublimowania ekstraktu estetycznego Europy. Badając wszelkie jego możliwe, współczesne i dawne, wyrazy, porównywałem go z porządkami w oczywisty sposób obcymi, opozycyjnymi i szukałem tych obcych wpływów, oddzielając to co uprzednie, autentyczne i niezłożone od tego, co wtórne, imitujące i zafałszowane.

- Słucham, Kloss? - w głosie Führera dawało się odczuć delikatną nutę irytacji, którą łagodził fakt, że Kloss zanim się odezwał grzecznie podniósł palec.

- Bardzo przepraszam mein Führer - kapitan spuścił nieco wstydliwie oczy - ale nie chciałbym stracić nic z pana zajmującego wywodu, a obawiam się, że muszę na chwilę wyjść... za potrzebą...

- No tak - zrezygnowanym głosem odpowiedział Wielki Człowiek - Trudno oczekiwać, aby wytrzymał pan dłużej niż czterdzieści pięć minut. Z uwagi na pański wiek, oczywiście. Niech pan pójdzie za biurko, tam chyba musi być jakieś tajemne przejście. Zaraz za drzwiami, na prawo, powinna być łazienka.

- Dziękuję - rzucił Kloss uszczęśliwiony i zeskoczywszy z fotela niemalże pobiegł we wskazanym kierunku.

- Ach, ta dzisiejsza młodzież! - westchnął Hitler i pokręcił głową z politowaniem, a Brunner rozłożył bezradnie ręce jakby się nieco wstydził za, bądź co bądź, kolegę. Pewnie obgadaliby go pod jego nieobecność, ale nie zdążyli, bo Kloss już był. Przybiegł jak sztubak z rozradowaną twarzą i wgramolił się na powrót na swoje miejsce przybierając minę niewiniątka. Hitler zmarszczył czoło, przypominając sobie przerwany tak bezceremonialnie wątek.

- Doszliśmy do pytania o podstawę rozróżnienia tego, co w europejskiej kulturze autentyczne, od tego, co zafałszowane... i właśnie - Czy Europa, moi panowie, to blada twarz Galilejczyka wiszącego bezradnie na krzyżu? Boga konającego wśród wycia barbarzyńskiego tłumu, Boga, który potrafił jedynie kochać, a nie potrafił nienawidzić, Boga, który błogosławił, kiedy prowadzono Go na śmierć? Na śmierć hańbiącą, jak zwykłego rzezimieszka, podrzędnego złodzieja kur? Czy testament Europy to testament jego mdłych uczniów: tchórzliwego Piotra, obłąkanego Jana, kłótliwego Pawła? Czy ich kolejnych bezradnych następców zagryzanych przez śmierdzące zwierzęta? Czy to testament niewolników, nawiedzonych starców, nawróconych ladacznic? Czy Europa to mdła i marnotrawna troska o każdą ludzką istotę, choćby najnędzniejszą i zupełnie, ze społecznego punktu widzenia, bezwartościową?

Czy może odmiennie: Europa to twardy, boski reżim Sparty, to wieczne wyzwanie przełęczy Langada, to konieczność rozpętania w sobie owej twórczej bezimiennej siły, która jako jedyna może jednocześnie budować i niszczyć? Czy Europa to równy krok rzymskiego legionisty, pewnie depczącego historie i żywoty ludów miałkich?

Z niezmąconym spokojem zaprowadzającego nowy ład choćby i wbrew ich woli?

Czy to ten poryw serca, który każdy normalny mężczyzna czuje, kiedy pośród innych normalnych mężczyzn, pod rozwianymi sztandarami, przy ogłuszającym łoskocie werbli, wybiera się w drogę, której koniec jest nieznany, stawka najwyższa a ryzyko niewyobrażalne? Można wskazać na jedno bądź drugie i można się spierać o to, jaki jest duch Europy, ale jest oczywiste, że nie może być i jednym i drugim jednocześnie! Cała epoka zmarnotrawiła swe najcenniejsze zasoby twórczego potencjału tracąc je na uwielbianie ideału, który może być tylko godny pogardy i przemieniając płowego europejskiego najeźdźcę w próżniaczego mnicha i zgarbionego skrybę. Cała epoka strawiła swe siły na próby zlepienia tego, co niezlepialne. I cała kolejna musiała minąć zanim udało się zmyć tę hańbę, zanim porzucono złudny miraż równowartości zabójcy i bezradnej, pożałowania godnej ofiary. Zanim bezbarwnego Abla, co potrafił jedynie dać się zaszlachtować jak owca, nie zastąpił Kain, nasz prawdziwy praojciec: odważny, inteligentny, przebiegły rodzic budowniczych imperiów. Była taka noc, noc decydująca, kiedy zmagałem się sam ze sobą, z oślizłą i nienawistną obecnością resztek owego przeraźliwego zabobonu, wszczepionego w mą duszę w dzieciństwie, aż wreszcie mogłem, całkowicie wyczerpany psychicznie, choć wreszcie szczęśliwy, zawołać, wznosząc swoją młodą pięść w rozgwieżdżone niebo: Odejdź precz łzawy Nazarejczyku! Niech w opustoszałych świątyniach ponury cień znaku hańby zastąpią dumne posągi mocy prawdziwych bohaterów naszego świata: Sargona, Hammurabiego, Kserksesa, Dariusza, Aleksandra, Dżyngis Chana, Attyli! Niech znów pośród kamiennych kręgów poleje się żywa krew niewolników, w miejsce rozcieńczonego wina!

Przedstawił pan, Kloss, w sposób który wzbudził pewien szacunek dla pańskiej wiedzy, drogi wiodące do poznania Boga, pojmowanego na żydowską i chrześcijańską modłę (przyzna pan, że identyczną, przynajmniej co do istoty pojmowania Go jako osoby) i dziękujemy za ich przypomnienie. Nie będę przeczył, że skłaniają one do refleksji nad praprzyczyną istnienia świata, który jest, jaki jest. Ale, choćbyśmy przyjęli nadnaturalny początek natury rzeczy, założyli supernaturalne Coś stojące u źródeł narodzin wszelkiego bytu, to w żaden możliwy do zaakceptowania sposób nie wywiedziemy z niego obowiązku miłowania bliźniego. Nijak nie uda nam się odnaleźć drogowskazu dającego podstawę przyjęcia działania jakiejś miłosiernej i kochającej siły, która niczym kojący boski plaster otula stalowy rdzeń bezlitosnej historii. Nie, panie Kloss, wszystko to blaga i narkotyk niewolników. Wojownik-artysta musi patrzeć w nieubłagane oczy świata bez żadnej nadziei, nie licząc na złudne nagrody za zaniechania czynów wynikających z drapieżnej natury, za zwyczajne lenistwo, którego bajka o bożym miłosierdziu staje się podłym usprawiedliwieniem. Wnioski te mogą wydać się panom szokujące, wszyscy, nie wyłączając mnie, zostaliśmy wszak kiedyś zainfekowani groźną chorobą i być może uznacie, że jedna noc to mało, by móc dostąpić nagłego ozdrowienia, ale uwierzcie, lata młodości upłynęły mi na tych badaniach, lata młodości, a noc, o której wspominam była jedynie owocem i ukoronowaniem moich poszukiwań: prawda o świecie ukazała mi się z całą jasnością i oczywistością.

Odkrycie faktu napawającego obrzydzeniem wymieszania pierwiastków duchowych sprawiło, że w całym natężeniu odczułem istniejące od wieków olbrzymie kulturowe napięcie, które domagało się rozładowania. Jeśli doznanie to było tak intensywne, a powód tego napięcia tak oczywisty, to nie mogłem być sam. Byłem jednym z pierwszych, ale nie jedynym przeczuwającym nadchodzące wielkie estetyczne starcie. Lecz dopiero dzięki wojnie postawiłem krok wprzód na drodze zrozumienia istoty owego sensu Europy. Wojna, moi panowie, zawiera w sobie prawdę, dzięki oczywistemu wydestylowania z całości kultury jej cech najistotniejszych, dzięki krańcowemu doświadczeniu, któremu poddane są narody, dzięki codziennemu obcowaniu groźbą indywidualnej, nagłej śmierci, która wcale nie pojawia się wraz z wojną, ale w czasach pokoju, ukrywana i obłaskawiana fałszywymi ceremoniami, ukrywa swoje prawdziwe oblicze, a tutaj, odarta z teatralnych inscenizacji, okazuje się w całej swojej demonicznej istocie i urodzie. Wojna, panowie, pozbawia złudzeń, wojna ukazuje nas takimi jakimi jesteśmy, uwypukla nasze cechy, najlepsze lub najgorsze, ale prawdziwe. I wojna, panowie, jest piękna! Zarówno w statycznym krajobrazie po bitwie, wśród ciszy porozbijanych armat na lawetach, potrzaskanych tankietek, martwych ciał koni i żołnierzy, jak i w ekspresji ataku, fajerwerkach tysięcy ton trotylu, pośród snujących się oparów trującego dymu, błyskających bagnetów, walki wręcz, zwycięstwa i klęski.

W oczach Hitlera pojawiły się łzy wzruszenia. Wyprostował się i wzniósł prawą rękę w geście pozdrowienia słońca, po czym łamiącym się dramatycznie głosem wyrecytował:

- O! Wojno! Najszlachetniejsza z boskich bogini!

Ty jedna złe skłonności uśmierzasz! Ty jedna je w cnoty przemieniasz, kiedy prowadzisz pośród pól bitewnych, posępnych kurhanów! Gdy zwołujesz wokół ognia, jak dziś, rycerskie spotkania. Ty ze snu budzisz, prawdę czystą przed oczy podsuwasz; Tyś dobra dla dzielnych, dla roztropnych łaskawa; dla bogów cud, dla wielu kres, dla wybranych los. W Tobie ostateczny ład, w Tobie źródło wszelkiego piękna! Tyś rozkoszą kochających heroiczną śmierć. Przytulasz odważnych, tchórzliwych odtrącasz. Gdy smutek, gdy ból, czy zmysłów pomieszanie - prowadzisz, wybawiasz, hołubisz. Tyś nadzieją ludów, ucztą krwawą bogów, pocieszeniem najlepszych. Przewodniczko najwspanialszych chórów! Dlatego wszyscy winni za Tobą iść i śpiewać pieśń Tobie, najwspanialszej Pani, co czaruje i bogów i ludzi!

Orkiestra wyczuła intencje Führera i towarzyszyła mu komentując jego mowę akompaniamentem rytmicznych akordów podkreślających tempo i wznoszenie się bądź opadanie intonacji.

Hitler zatrzymał się, aby wszyscy mieli okazję docenić wirtuozerię wykonania tego bez mała poematu. Wybuchł entuzjazm bliski histerii i wódz ledwo uciszył go władczym gestem dłoni. Potem cicho, już bez cienia patosu, jak ktoś, kto opłakując czci pamięć o ukochanej osobie, powiedział:

- I chciałbym, aby ta przygoda trwała wiecznie... Tak, panowie, najpiękniejsze chwile swego życia spędziłem w okopie, lecz nie śmiałbym narzekać na głód i bród, na ból i pochodzące ze zwierzęcej części naszej natury przerażenie, wobec możliwości oglądania piękna w tak czystej postaci. Zrozumiecie teraz moją rozpacz, kiedy owa przygoda zakończyła się przedwcześnie! Długo tułałem się po świecie, ani swojego żalu nie mogąc ukoić, ani wytłumaczyć sobie, jakież to siły ciemne, pozbawiły mnie mojego największego szczęścia!

Przeczuwałem także, że wojna nie dokończona, wojna, która nie zrealizowała swojego celu, jakim jest estetyczne oczyszczenie narodów, wojna przerwana w połowie, zrodzić może pokój, co będzie po stokroć gorszy od wojny. I tak się stało. Nad światem zapanowała czarna noc rządów komiwojażerów i geszefciarzy. Uwierzcie, panowie, że ludzkości nie może spotkać gorsze nieszczęście niż ich panowanie. Ja bez trudu zgodzę się na wielki spór o naturę Boga i świata. Ja gotów jestem stanąć oko w oko ze Zmartwychwstałym Powtórnie z całym tym, obiecanym przez Niego zestawem rekwizytów, z całą tą inscenizacją parodii potęgi i mocy. Gotów jestem wykrzyczeć mu prosto w twarz moją prawdę o bezczelności jego uzurpacji. Ale jak stanąć do walki z zastępami komiwojażerów, sprzedawców taniej wody na obfity porost włosów, handlarzy tandetnymi podnietami proletariuszy, subiektów zabiegających o to jedynie, aby człowieka, bestię w owczej skórze, przemienić w konsumującą glistę, której mogliby wtłoczyć w odwłok swoje kiepskie towary, masowe erzatze dobrej jakości. Glista ludzka wyhodowana, aby przeżyć, musi konsumować. Musi pożerać papki towarowe i umysłowe, kleiki idei, lekkostrawne, jako że nie posiada już zębów. Czy mogłem pozwolić na to, by cały ród ludzki stoczył się w odmęty egzystencji na poziomie glisty? Nie! Potrzebna była kontrakcja, estetyczny blitzkrieg, donośna i hałaśliwa artystyczna demonstracja sublimatu surowego piękna. Tak się zaczęło... - Kloss... czemu się pan, donnerwetter, znowu wierci?

- Nie, nic - Kloss poczerwieniał jak zwykle - tylko trochę zdrętwiała mi noga...

Rolex, komentuje w salonie24, na tym blogu publikuję powieść w odcinkach

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka