Ilu jeszcze himalaistow musi zginac, aby zdano sobie sprawe z bezsensownego ryzyka jakie jest podejmowane przez tak wielu?
Sukcesy we wspinaczkach mozna osiagnac w pewnym przedziale wiekowym, kiedy dochodzi do polaczenia szczytowej sprawnosci fizycznej i wydolnosci organizmu z doswiadczeniem.
Osoby zbyt mlode, chociaz u szczytu sprawnosci i wydolnosci organizmu nie dysponuja czesto wystarczajacymi zasobami wiedzy i wytrzymalosci psychicznej, osoby bardzo doswiadczone i odporne psychicznie czasami zapominaja, ze nie maja juz dwadziescia kilka lat...
Owszem, zdarzaja sie wyjatki, ale poza tym to kwestia tylko i wylacznie szczescia, bo zagrozen w wysokich gorach jest tyle, ze trzymajac sie zdrowego rozsadku 'nie ma tam czego szukac', szczegolnie ze brak tlenu odbiera ludziom mozliwosc normalnego myslenia.
Powiedzenie, ze wchodzi sie na gory 'bo tam sa' i podobne bon moty nie usprawiedliwiaja niczego. Warto przelamywac instynkt samozachowawczy, jesli cel ktory mamy osiagnac jest wielki i przynosi konkretne i wymierne korzysci. Wyruszenie na wyprawe aby odkryc nowe lady i ziemie, chociaz bylo wielce ryzykowne mialo konkretny sens. Wejscie na szczyt, bedac na granicy smierci z wyczerpania, oraz dawanie sobie szansy rzedu 60% na powrot nie usprawiedliwia podejmowanego ryzyka i na dobra sprawe sensu nie ma.
Owszem, kazdy moze robic co chce, ale rownie dobrze mozna probowac przebiegac autostrady w poprzek unikajac rozjechania przez pedzace samochody ('bo one tam sa'), mozna probowac plywac w akwenach gdzie zeruja rekiny ('bo one tam sa'), mozna grac w rosyjska ruletke z rewolwerem w dloni...
Tylko po co?


Komentarze
Pokaż komentarze (37)