14 obserwujących
451 notek
187k odsłon
127 odsłon

Gwiazda Zaranna

Wykop Skomentuj1

Wobec przetaczającej się przez kraj fali pogardy dla prostych, niewykształconych ludzi (zwłaszcza wobec tych głosujących na PiS), fali, której dynamikę kształtują głównie środowiska celebrytów i polityków postanowiłem, na znak mojego zdegustowania i protestu "dać świadectwo" w obronie tych opluwanych i poniżanych ludzi. Sam się wywodzę z ubogiej chłopskiej rodziny i choć (dzięki ofiarności i wyrzeczeniu Rodziców i starszego rodzeństwa) ukończyłem studia i zdobyłem pewną pozycję społeczną, nigdy nie utraciłem szacunku dla środowiska, z którego się wywodzę i któremu zawdzięczam formację ducha i charakteru.

Owo świadectwo to dwa opowiadania dedykowane Ojcu Gwiazda Zaranna (poniżej) i dedykowane Matce Gwiazda Wieczorna (w następnym wpisie).


GWIAZDA ZARANNA
Ojcu

Furka toczyła się niespiesznie wyboistą polną drogą, która spała jeszcze, opiwszy się wody z wieczornej ulewy. Zmizerowany konik stąpał z rozwagą, delikatnie rozsuwając na boki zasłonę porannej szarówki. Jakby za nic miał to, że gdzieś tam drąży już uśpioną przestrzeń pociąg, który za kilka kwadransów uwiezie mnie z tego sytego spokojem i ciszą zakątka.
Przyroda spała. Lecz obudziły się już pierwsze zwiastuny brzasku: mgły. Wychodziły nieregularnymi obłokami z kotlinek między pagórkami. Pełne ciszy pieściły wilgotnymi muśnięciami napotykane trawy, krzewy i drzewa dźwigające na strudzonych gałęziach rumianą dziatwę owoców.
Przede mną majaczyła sylwetka Ojca. Podniszczone rondo kapelusza raz po raz czerwieniało poświatą jarzącego się papierosa.
Ojciec postanowił odwieźć mnie na stację mimo mych gwałtownych protestów. Zapewne udałoby mi się postawić na swoim, gdyby nie wieczorna burza.
– Jakże to tak! Zabłocisz się po pas – perswadował
z uporem.
– Przecież pójdę na skróty, ścieżkami...
– Ścieżkami?! Wiysz, jakie tam teroz trowy? A po dyszczu wszystko mokre. Zresztą gdzież to na skróty tak po ciemku? Ni ma mowy.
– Ależ, Tato! Nie mam sumienia wyciągać Was z łóżka w środku nocy! Może poproszę Wiktora...
– Ani mi się waż! Wiym, że to jego dom, ale przecież jesteś moim gościem, nie?
Spojrzał na mnie z tym wyrazem twarzy, jaki pamiętam z dzieciństwa, wyrazem oznaczającym zawsze bezapelacyjny koniec dyskusji. Bruzdy i zmarszczki poorały twarz, lecz spojrzenie, jak dawniej, pełne było surowej stanowczości. Ucieszyło mnie to, bo przez cały mój pobyt na wsi Ojciec sprawiał wrażenie rozklejonego starca, który zużył już całą swoją energię. A teraz dojrzałem w nim owego niebotycznie wysokiego herosa, którego mocarne ramiona uniosły w górę, przenosząc nad kałużami mnie, trzyletniego malca, gdy szliśmy razem – pamiętam to dobrze – na sumę do kościoła.
Uległem więc pod naciskiem tego spojrzenia, bo było to we mnie jak odruch bezwarunkowy. Uległem, przeczuwając, że moja zdecydowana odmowa zabolałaby go najbardziej. A teraz kiwamy się zgodnie, posłuszni rozkazom wyboistej drogi.
– Żniwa przebiegły sprawnie – zagadnąłem, chcąc odeprzeć niespodziewany nawrót senności. Ojciec machnął ręką z rezygnacją.
– Jakie tam teroz żniwa, synu. Som widziołeś. Przyjechoł kombajn i po paru godzinach robota skończono. Wiyncy jego smrodu i hałasu niż żniw...
Przypomniałem sobie Ojca, jak stał na skraju miedzy jakoś zagubiony, onieśmielony, nikomu niepotrzebny w wesołym zgiełku młodych przebijającym się przez ryk kombajnu – i ogarnęło mnie wzruszenie.
– Inne czasy, Tato...
Ojciec odwrócił się.
– Czasy, powiadosz. Możliwe. Teroz wszystkiymu winne są czasy. Ale powiydz mi – takiś w końcu uczony – czy to tak musi być? Czy te czasy muszą zabijać wszystko?
– Zabijać?
Ojciec milczał chwilę.
– Jo ci tego nie umiem wyonaczyć, bom człowiek prosty – rozpoczął, ociągając się, jakby przełamywał jakiś wewnętrzny opór. – Alem dużo myśloł ostatnio i nijak mi sie to we łbie nie chce poukładać. Myśle – pójde do Ksiyndza Proboszcza... alem nie poszedł. Bołem sie, że mnie od heretyków zwymyślo. Więc powiym tobie, boś człowiek nowoczesny i uczony chyba nie gorzyj od naszego Proboszcza...
– Co Wy, Tato...
Czułem się zażenowany, choć dobrze wiedziałem, że nie ma tu ze strony Ojca żadnej kokieterii.
– A żeś moje dziecko, to i pewnie nie wyśmiejesz – kontynuował. – Bo mnie synku skóra cierpnie na grzbiecie, kiedy słysze, jak w telewizorze godajo o tej, jak jej tam – produkcji rolnej.
– Niezbyt szczęśliwe sformułowanie – zauważyłem.
– Kiedy nie o to idzie synu. Tu sie coś zagubiło, zatraciło. Jak by ci to powiedzieć... Po mojymu ta robota rolnika, chłopa, ona jest jakby... świynto. To jest jakieś, bo jo wiym... nabożyństwo.
Ojciec zamilkł, wyraźnie czekając na moją reakcję.
– I co, synu? – spytał, nie doczekawszy się jej. – Jest to herezja czy nie?
– Herezja? Skądże. Raczej poezja.
– Poezja, poezja... – Ojciec smakował to słowo, lecz degustacja najwyraźniej nie wypadła pomyślnie – widzisz, ty mnie chyba nie będziesz umioł zrozumieć, choć rozumy na tych tam studiach pozjodołeś. Aleś przecież nigdy miłości do ziemi ni mioł, wiym jo to dobrze. Jak tu można o produkcji godać: pole to nie fabryka. Człowiek, owszem, orze, nawozi, sieje, ale to, co potem sie z tym dzieje – no som powiydz, ile od niego zoleży.
– Trochę zależy. Są przecież metody. Hodowla nowych, bardziej wydajnych czy odpornych odmian...
– Nic nie rozumiysz – przerwał mi. – Jo nie o tym. To jest jak sianie i oranie. Mnie idzie o życie. To wszystko – zakreślił łuk ręką – żyje. Jak człowiek. Czy, my jesteśmy panami tego życia, jak jesteśmy panami tych rzeczy, co to je produkujemy w fabrykach? Nie – pokręcił głową – nie godzi sie naszej pracy nazywać produkcją rolną. Po mojemu to świyntokradztwo.
Milczałem, po trosze zdumiony wynurzeniami Ojca (nigdy dotąd tak ze mną nie rozmawiał), po trosze nie umiejąc odpowiedzieć. Bo o czym miałbym Mu mówić? O konsekwencjach technologizacji? O przemyśleniach Pichta, pracach Seromontiego?
– I co powiysz, synu? – spytał Ojciec, znów nie doczekawszy się odpowiedzi.
– Macie rację, Tato – odrzekłem. – To jest świętokradztwo.
Zamilkliśmy na dłużej, czując że słowa nie są więcej potrzebne. Znów ujrzałem w myślach obraz Ojca stojącego bezradnie na miedzy...

***

Spojrzałem w górę. Mgły nie podeszły jeszcze zbyt wysoko i niebo kłuło wzrok iskrami gwiazd. Odruchowo odszukałem Oriona. Był jeszcze wysoko, jakąś godzinę po górowaniu, skłaniając się powoli prawą odnogą ku zachodowi. Czerwona Betelgeuse, srebrny Rigel... Wszystko jak zawsze. Od wieków gwiazdy tkwią bezlitośnie na swych pozycjach, jakby kpiąc z naszych gorączkowych poczynań.
Jutro o tej porze Mały Pas Oriona nie będzie już ekscytującym skupiskiem gwiazd rozpuszczających swój blask w porannej zorzy. Jutro zamienią się one w rządki długich, suchych cyfr wystukiwanych na klawiaturze pulpitu sterowniczego. Rozbłyśnie zielony napis „ON” i biała tuba popełznie majestatycznie, celując ku nie istniejącej dla ułomnego ludzkiego oka gwieździe o bezimiennej nazwie HD 37776. Jeszcze jedna dźwignia i głodny pysk teleskopu zacznie zlizywać resztki promieniowania zrodzonego pięć tysięcy lat temu w niewyobrażalnym piekle chromosfery...
– Patrzysz.
Głos Ojca ściągnął mnie gwałtownie na ziemię.
– Patrzę, Tato.
– Jak zawsze, Od małego, jak pamiętom, ciągnyło ci tyn łeb ku górze.
– Nigdy się Wam to nie podobało, Tato.
Ojciec pokręcił głową.
– Nie to, żeby sie nie podobało. Alem nijak nie mógł zrozumieć, jaki z tego patrzynio pożytek być może. Bo jo to nie moge, synku, tak patrzyć. Zaroz we łbie mi sie krynci. Dziwnie jakoś. Strasznie. Czasem tom nawet próbowoł... ukrodkiem, niby jaki złodziej. Tom sie i tobie dziwowoł, gdyś tak w niebo bez żodnych... hmm, skrupułów wytrzeszczoł ślepia. Czasami to mnie nawet gorszyło.
– Gorszyło?
– Ano gorszyło. Bo gdzie to tak: patrzyć. Niebo jest niebo. A jakeś już umyślił te... no, astronomie studiować, tom sie po prowdzie troche zeźlił. No bo kto to widzioł, żeby jeszcze na tym patrzyniu piniądze zarobiać! Niebo jest niebo.
– Och, Tato. To nie grzech, gdy chcemy coś więcej wiedzieć.
– Co wy tam wiyncyj wiycie! Podzieliliście to niebo na kawołki, niby ziemie pod uprawe. Ponazywaliście jakoś dziwnie, nie po chrześcijańsku te gwiozdy... jakby były wasze. Krowe trza nazwać, psa – rozumiym. Ale gwiozdy? I co? Od tego nazywania rozumu wom przybyło?
– To nie my nazywaliśmy. To Grecy.
– Grecy, Grecy. A jo ci powiadom: ty sie ze swoimi brudnymi łapskami tam nie pchej. Nie dziel, co nie twoje.
Zastanawiałem się, co powiedzieć. Ojciec miał sporo racji. Na dobrą sprawę, ilu z moich kolegów astronomów odebrało kiedykolwiek tchnienie świętości płynące od gwiazd?
– Ojcze – zacząłem – praca astronoma to też może być nabożeństwo.
– Co ty tam... – żachnął się i urwał, jakby sobie coś przypomniał. – Nabożyństwo, powiadasz – odezwał się po dłuższej chwili. – Nabożyństwo... Hm.
Droga skręcała w lewo, trawersując zbocze. Wzgórze cofało się posłusznie, odsłaniając wschodnią połać nieba, gdzie blask gwiazd ustępował przed atakiem rannej poświaty. Wtem majestatycznie wyłoniła się Wenus. Kropla srebra wędrująca z dumą prawdziwej królowej gwiazd zdawała się kpić z zakusów brzasku.
– Zobaczcie, Tato. Wenus – szepnąłem z zachwytem.
– Jako tam znowu Wenus – odparł Ojciec. – Gwiozda Zaranno.
Patrzyłem. Ojciec znów zapalił papierosa. Mruczał coś pod nosem. Pochyliłem się nad nim, nadstawiając ucha. Powtarzał: nabożyństwo. Nabożyństwo. No, no...

***

Przy rozwidleniu dróg skręciliśmy w prawo, rozpoczynając zjazd w kierunku doliny. Patrzyłem na krajobraz znajomy jak twarz bliskiej osoby, której dobre rysy wtopione w mrok wyczuwa się raczej niż postrzega. Czułem wzruszenie i rosnące podniecenie: zbliżaliśmy się już do kolejnego zakrętu, zza którego... o, właśnie teraz wyłoniła się charakterystycznie pochylona brzoza. O niej też czas nie zapomniał, dziwnie jakoś przypomina zgarbioną sylwetkę Matki...
Matki? Stoi tam przecież pod brzozą, już wyciera mokre dłonie w zapaskę, ileż to razy czekała tak na mnie tutaj, gdym często poobijany i umorusany opóźniał swój powrót ze szkoły... nie, to tylko gra cieni w szarówce, Matka śpi pewno jeszcze, pamiętam Jej silny, jak u tonącego, uścisk przy wieczornym pożegnaniu... I oczy zaszklone nagle. I drgające wargi pchające mnie do gładkiego kłamstwa: „nie martwcie się, Mamo, niedługo znów przyjadę”...
Wytężam wzrok, by dostrzec plamę drzew rozlewającą się wzdłuż szerokiego tarasu zakłócającego swą doskonałą niemal płaskością jednostajną stromiznę wzgórza. Mijamy właśnie skręcającą ku niemu polną drogę, wolno, lecz nieubłaganie zarastającą zielskiem, gdy Ojciec zdejmuje kapelusz, zupełnie jak przed kapliczką. Po chwili nakłada go z namaszczeniem i zacina konia.
– Tato – odzywam się, dotykając Jego ramienia. Pod palcami czuję szorstkość starej marynarki. – Zatrzymajmy się na chwilę.
– Późno już – mówi niechętnie, tak cicho, że z trudem wyłuskuję słowa z turkotu.
– Jeszcze nie. Wiesz, że jeszcze nie.
Ściąga lejce ruchem sprawiającym wrażenie, jakby go bolały wszystkie mięśnie. Wóz przystaje. Przekładam nogę przez wiklinowy kosz, szukając na oślep osi tylnego koła. Już. Zeskok, podeszwy ślizgają się po kamienistej nawierzchni. Ruszam drogą prowadzącą kiedyś ku tętniącemu życiu, umierającą teraz, gdy zabrakło celu, do którego wiodła.
Zakręt, z rytmem kroków zmienia się kąt widzenia, posłuszne mu drzewa rozstępują się na boki. Tam, gdzie kiedyś jaśniała biała plama domu nie ma teraz nic. Teatr pełen niegdyś gwaru, krzątaniny i śmiechu, teatr, na którego deskach rozgrywały się dramaty dorosłych i dramaciki dzieci, ten teatr stoi teraz martwy, pusty i tylko zielona kurtyna drzew żyje nadal, czujnie reagując na kroki każdego przechodzącego tędy człowieka...
Przyśpieszam nie bacząc na wysokie zielska, chwila i spodnie mam mokre do kolan, serce wali, zmęczenie to, czy wzruszenie... ból, skąd ten ból, czyż nie wiedziałem, co tu zastanę...
Rozchylam gałęzie bzu, zbudzone gniewnie opryskują mnie rosą, kilka zimnych kropel ląduje na rzęsach, trzepocę gwałtownie powiekami, obraz faluje chwilę, jak oglądany przez płukaną deszczem szybę...
Nienaturalna plama w samym środku sadu jest smutna, jak scena pozbawiona dekoracji. Wyzwolona spod poskramiającej ręki człowieka przyroda gra tu teraz swoją sztukę, manifestując żywioł witalności. Omijam dwumetrowe osty, depczę olbrzymie płaty liści łopianu...
Nareszcie kawałek wolnej przestrzeni, coś bieleje, wyczuwam nogą po omacku pierwszy stopień, drugi, trzeci, trzeszczy pod naciskiem obcasów spękany beton i już jestem przed progiem domu, w którym się urodziłem. Progu też już nie ma, schody stoją bezradne, prowadząc donikąd. Wyglądają groteskowo, zupełnie jak te na lotnisku po odlocie samolotu. Lecz są jedynym punktem orientacyjnym, boją w morzu traw: tu była weranda, tu kuchnia, a tu... tu izba. Tam, gdzie przy pełgającym świetle lampy naftowej z wypiekami na twarzy pożerałem pierwsze książki, tańczą teraz sennie chude baletnice – pokrzywy...
Jabłonie, grusze i czereśnie zdają się spoglądać zdumione tą nagłą odmianą: oto nikt nie czyni zakusów na ich niedojrzałe jeszcze owoce, nikt nie buszuje wśród gałęzi podczas beztroskiej zabawy w chowanego, żadna krowa nie czochra się o chropawą powierzchnię pnia...
A tu, z dołu prze nowe życie, życie nikomu zda się niepotrzebne. Życie, którego jedynym widomym sensem jest prymat w wyścigu ku słońcu, o mocniejszy powiew wiatru, który uniesie nasiona hen, daleko i wtedy będzie można spokojnie zwiędnąć, uschnąć, zginąć pod warstwą następnych...
Gdzie wasz Pan, grusze, jabłonie, czereśnie? Gdzie Ten, który was tu sadził, pielęgnował? Który zbudował tu dom za jedyne sto osiem przedwojennych złotych, wyrwawszy uprzednio tę ziemię dzikiej przyrodzie lasu? Gdzie ten dom, pomnik jego Trudu, jego Modlitwa?
Ten dom odszedł. Odszedł, wydając nowy owoc. Drewniane bele musiały ustąpić czerwonej cegle. Słomiana strzecha nie oparła się naporowi ceramicznych dachówek. Studnia z kołowrotem, po którym został żałośnie sterczący daszek uległa cynkowanym rurom wodociągu i połyskowi chromowanych kranów. Balia napełniana co sobotę parującą wodą podgrzewaną w dużym kotle nie sprostała emaliowanej białej wannie w łazience z lustrami kafli i pracowitym buczeniem bojlera.
Odwracam się. Czas. Nieubłagany czas, który tu robi teraz swoje porządki, popędza także mnie. Zejdę powoli ze schodów, wrócę do furki umierającą drogą nie oglądając się za siebie. Ojciec wyrzuci niedopałek, cmoknie na konia. Zjeżdżając w dół nie odezwiemy się do siebie ani słowem i słychać będzie tylko zgrzyt żelaznych obręczy kół zmagających się z kamieniami drogi.

***

Nie odezwiemy się aż do pożegnania przy pociągu. Stanę w drzwiach wagonu; Ojciec poda mi walizkę.
– Dziękuję Wam, Tato – powiem niewyraźnie.
– Za co tu dziękować – burkliwie odpowie Ojciec. – Przecie mówiłem, że cie nie puszcze na piechote. Ładnie byś teroz wyglądoł! Choć i tak spodnie mosz uszargane...
– Ja nie za to – wejdę mu w słowa, widząc konduktora podnoszącego już żółtą, zabrudzoną chorągiewkę. – Dziękuję, że porozmawialiśmy. O niebie... i o chlebie.
Ojciec uściśnie mi dłoń mocno, mocniej niż zwykle i odwróci szybko, wstydliwie głowę. Potem odejdzie do swej furki, stanie twarzą do mnie, zdejmie kapelusz. Będzie tak stał, póki nie zamkną się drzwi wagonu.
Pociąg ruszy. Przez zakurzone okno ujrzę szary krajobraz. Dojrzę sunącą drogą furkę z monotonnie kiwającą się sylwetką Ojca. Będę patrzył za nią do momentu, w którym brutalnie wtargnie w pole widzenia oddział drzew zwiastujący nadciągającą armię lasu.
Przez szarżujący w coraz większym pędzie szpaler gałęzi zamigocze srebrna iskra Gwiazdy Zarannej.

Toruń, 1988 r.




Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura