Pan Krajski w swojej książce odważnie łamie konwencje gramatyczne, stylistyczne, interpunkcyjne i narracyjne. Nieoczekiwane zmiany narratora odbywające się nie tylko na przestrzeni rozdziałów, ale niekiedy też w dwóch następujących po sobie akapitach, to wyjątkowe nowatorstwo. Dzielna walka ze składnią języka ojczystego również zasługuje na pochwałę, choć trzeba przyznać, że autor tych trudniejszych starć stara się unikać, stosując zazwyczaj zdania proste, przez co perełki w stylu: "nawet Rudy, nasz kundel, wielkie bydlę, jak mówi moja żona Jadwiga, skrzyżowanie dorsza z kangurem" są dość rzadkie, ale dzięki temu stanowią przysłowiowe rodzynki w cieście.
Powieść Stanisława Krajskiego jest też prekursorem nowego podgatunku literackiego, który można by nazwać "katolickim science fiction". Akcja powieści rozpoczyna się bowiem pierwszego stycznia 2100 roku w świecie, gdzie rządzi totalitarna Unia Europejska, ośmioletnie dzieci prostytuują się za zachętą rodziców, wszyscy dają w kanał, sataniści biegają po ulicach i zabijają policjantów, a nikczemny kardynał Bonawentura Życik (dobrze chociaż, że nie Żydziński, jak to się w pewnych kręgach mawia) prezentuje swój szeroki uśmiech w mainstreamowych mediach i głosi konieczność zliberalizowania Kościoła. Tyle science fiction, bowiem autor nie pokusił się o bogatszą konstrukcję świata powieści. W każdym razie, głównym bohaterem jest niejaki Wawrzyniec, czterdziestoletni mężczyzna, żonaty, ojciec trójki dzieci. To właśnie Wawrzyniec będzie musiał stawić czoła temu zepsutemu światu i przy pomocy swojej licznej rodziny oraz poznanych w trakcie podróży przyjaciół dać zaczyn odnowy moralnej tej ziemi. Jak już zatem widzimy, powieść ma dość wyraźne przesłanie, w zrozumieniu którego pomaga postać głównego bohatera. W zamierzeniu autora Wawrzyniec ma zdaje się być prawdziwym Polakiem-katolikiem. Nie waha się chlasnąć żony z liścia w kryzysowej sytuacji, ale jakby moja żona wyglądała jak skrzyżowanie dorsza z kangurem, to pewnie ja też bym się przed tym nie wzbraniał. Wawrzyniec, jak sam mówi, ceni i szanuje swojego psa, odnosząc się do niego per "kretynie" oraz "idioto". Jakie to pieszczotliwe. Obawiam się tylko, czy takie określanie psa nie sugeruje przypadkiem, że posiada on swoistą inteligencję analogiczną do tej ludzkiej, a to już jest, ja wiem, takie trochę lewackie...
Kolejnym istotnym dla rozumienia powieści fragmentem jest scena w górskim schronisku, kiedy to pewien ksiądz wyjmuje gitarę i przy jej akompaniamencie zaczyna wyśpiewywać religijne pieśni, na co grupka ludzi reaguje pogardą i opuszcza ten lokal. W pomieszczeniu pozostaje rodzina Wawrzyńca i młode małżeństwo, które przyjechało tu wraz ze wspomnianymi antyklerykałami. Ładniejsza połówka tego małżeństwa ruga swojego męża za to, że nie bronił ich wiary w obliczu pogardliwej postawy jego kolegów z pracy:
(...)
- Co z ciebie za katolik, jeśli nie dajesz świadectwa swojej wierze? - oburzyła się kobieta.
- Jakoś nie było okazji - powiedział potulnie mężczyzna i wbił wzrok w podłogę.
- Przepraszam księdza i państwa - kobieta zwróciła się do nas - za tych naszych znajomych. Nie przyznaję się od dziś do nich. Chyba nie będziemy dalej z nimi szli - spojrzała na męża.
- Dobrze, kochanie, ale co im powiemy - mężczyzna był wyraźnie przestraszony.
- Powiedz im, że jako katolik nie zadajesz ię z wrogami kościoła - kobieta była wyraźnie wściekła
(...)
No i o to chodzi. Dialog to wymysł katolewicy.
Jest też wzruszający wątek pana Jana, multimilionera z USA, przypadkowo poznanego przez Wawrzyńca (zresztą Wawrzyniec wszystkie kluczowe dla rozwoju wydarzeń postaci poznaje przypadkowo, ot, taki Palec Boży). Pan Jan swojego czasu kręcił grube i nie zawsze legalne biznesy, dopóki nie odkrył dwóch rzeczy: swojej tożsamości narodowej i religijnej oraz faktu, że właśnie jest umierający. Pan Jan oferuje się sfinansować wawrzyńcowe plany odrodzenia katolicyzmu na ziemi polskiej, a właściwie europejskiej, i dalej żyją długo i szczęśliwie.
Autor, dla rozluźnienia atmosfery, wplata też w swoją powieść całkiem zamierzone elementy humorystyczne. Oto na przykład dowcipne przygody jednego z synów Wawrzyńca i Jadwigi w poszukiwaniu toalety na terytorium Słowacji:
(...)
- No bo mamo. Wszedłem na dworzec - relacjonował Bazyli - i zacząłem szukać toalety. Patrzę, a tu nad jednymi dzrwaimi napisane byo "sro". No to pomyślałem, że to toaleta. A tam było jakieś biuro. Później zobaczyłem tablicę z napisem "odchody". Czego się śmiejecie. Nie śmiejcie się. Ale to nie była toaleta. Potem zobaczyłem napis "kupa". Przestańcie się śmiać. Tam też nie było toalety. Później zobaczyłem napis "odbyt". Ale tam też było jakieś biuro. Wreszcie znalazłem drzwi, na których było napisane "kibel". No to już byłem pewny, że to kibel...
- Nie mów tak brzydko - Jadwiga miała od śmiechu łzy w oczach.
- Ale mamo, tam tak było napisane. Ale to była restauracja, a ja już nie mogłem wytrzymać. No i przybiegłęm.
(...)
Ech, boki zrywać.
Jak to się wszystko kończy? Kogo to obchodzi. W każdym razie Rudy, pies Wawrzyńca, ginie pod koniec pierwszego tomu.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)