Tak sobie myślę i myślę i myślę i nie wiem czy dochodzę do dobrych wniosków; oceńcie proszę? Oskarża mnie siostra, że nie miałam prawa decydować o wolnym czasie mamy. Czyli wykorzystywałam ją, podrzucając co rusz dzieciaki, a sama a to studiowałam, a to pracowałam a czasem, do czego się bez bicia przyznaję, to najnormalniej na świecie balowałam .Mama pomagała mi dobrowolnie, nie była terroryzowana, zastraszana, ani w żaden inny sposób przymuszana. Po prostu kochała mnie, rozumiała i chciała mi pomóc. Jej mama a moja Babcia też pomagała w miarę możliwości swoim córkom. Odwdzięczałam się mamie jak umiałam ,wyściskałam, kupowałam drobne prezenciki, pokazywałam świat, zabierając ją na nasze wspólne rodzinne wyjazdy, czasem napyskowałam /czego dzisiaj bardzo ,bardzo żałuję /Ale też opiekowałam się nią, była zawsze blisko mnie. Lubiła być blisko. Jak przeprowadzdziłam się na drugi koniec Polski, po niespełna roku , sprzedali z Tatą mieszkanie i przyjechali by mieszkać obok mnie .
Zawsze powtarzałam.....dług zaciądnięty u swoich rodziców-spłacę pomagając własnym dzieciom......Ta moja deklaracja wzbudzała powszechną wesołość w rodzinie. Nikt jakoś nie wyobrażał sobie mnie jako babci otoczonej wianuszkiem wnuków, czytającej im bajki ./chociaż nie wiem dlaczego? wszystkim swoim dzieciom zawsze czytałam do snu ksiązki-najmłodszemu to nawet 7 tomów Harrego Pottera przeczytałam/ Jednak moja córka wyobrażała to sobie, powiem więcej ona była pewna, że ja będę jej pomagała wychowywać dzieci. Nie powiem że to łatwe, pracuję zawodowo ,praca daje mi olbrzymią satysfakcję, do tego udzielam się w różnych organizacjach i stowarzyszeniach. Zyję bardzo szybko, aktywnie, uwielbiam podróżować,ale....jestem potrzebna córce i jej dzieciom. Każdym moim dniem urlopu ,.każdym weekendem, całym wolnym czasem "zarządza" córka
Jakim prawem ? Prawem miłości, które jak koło zamachowe napędza losy kolejnych córek w naszej rodzinie . Moja córka miała 10 lat jak urodził sie jej braciszek .Pomagała mi bardzo. Teraz przeglądając stare albumy ze zdjęciami widzę ich wszędzie razem. Dwunastolatka ciągnąca za rączkę lub niosąca na barana uśmiechniętego dwulatka.Też na pewno nie raz jej było ciężko i miała dość. Ale teraz to jej ukochany braciszek, który bez najmniejszych oporów ,w razie potrzeby przychodzi do niej po zajęciach na Politechnice i tańczy ze swoim siostrzeńcem gangnam style i jest ukochanym wujkiem Mimi.
Rozważam rezygnację z pracy, całego mojego dotychczasowego życia ,by przeprowadzić się z mężem blisko córki, bliżej wszystkich moich dzieci .Z córeczką starszego syna , poważną już 7 latką, mam innego rodzaju relacje. Staram się zabierać ją co roku na egzotyczne wakacje, pokazywać rzeczy niezwykłe, tworzyć 'magiczny świa' Nie konkuruję z jej ukochaną Babcią Marysią, mamą jej mamy , która poswięca jej o wiele więcej czasu i zajmuje się bardziej przyziemną pomocą jakże potrzebną młodym ludziom na codzień.
Nie jest to łatwa decyzja. Możliwa do podjęcia ze względów finansowych, ale muszę zrezygnować po części z siebie. Uwielbiam moje wnuki, dają mi tyle radości, miłości i poczucia spełnienia zaciągniętych zobowiązań.
Ciekawe , czy moja córka ,która dopiero zaczyna dorosłe życie zawodowo-towarzyskie , pomyślała o tym że za iles tam lat , ona będzie spłacać dług miłości swoim dzieciom, swojej córce. Jestem szczęśliwa będąc trybikiem w takim kieracie, choć nie zawsze jest lekko i fajnie. Wcale nie mam za złe mojej córce że decyduje o moim wolnym czasie , robi to z wielkim wdziękiem, tak jak moja mama nie miała za złe tego mi.
Dlaczego nie rozumie tego moja młodsza siostra ? Nie wiem Zawsze ją kochałam i kocham, chociaż jesteśmy tak różne . Żle jej to okazywałam, chyba nie.Myślę że ona jest straszną egocentryczką.


Komentarze
Pokaż komentarze