Nie samą polityką człowiek żyje. Wczoraj musiałam, bo byłam pod wpływem oglądanej właśnie konferencji ministra, któremu sie epoki pomyliły. Ale dzisiaj już inni mnie wyręczają, więc temat miły i pożyteczny.
Dzisiaj może niezbyt chłodno, ale od czasu do czasu mży. A że mam od wczoraj zebrane śliwki, niezbyt wiele, więc chutney! Bo na powidła jeszcze czas.
No i pierwszy raz z moich owoców, na kuchni opalanej drewnem. Bo powidła już tu kiedys robiłam.
Co to jest? To sos do wędlin, serów, mięsa. Może być na zimno, może być na gorąco. No i najważniejsze - każdy może zrobić własny - dodając co mu w duszy gra. Kuchnia opalana drewnem niekonieczna, ale smażenie lepiej przeciagnąć na kilka dni, na małym ogniu.
Właśnie śliwkowy jest moim ulubionym, bo pomidorowy to jednak lepsiejszy keczup. Lubię pomidory w każdej postaci,ale sos do makaronu można zrobić mniejszym wysiłkiem.
Co ja dodałam do śliwek? Kilka jabłek wczesnych, trzy rodzaje cebuli, parę gruszek, rodzynki, miód, łyżeczkę brązowego cukru, trochę soli, pieprzu, cynamonu, gałki muszkatałowej. Troszeczkę octu balsamicznego. Brakuje mi imbiru - nie w proszku! - ale jadę na zebranie Międzygalaktycznych śmieci, może gdzieś wypatrzę.
No i smażymy, smażymy, smażymy. W tym roku nie eksperymentuję, bo myślałam o jeszcze innych dodatkach. Ale w zeszłym roku dałam kilka ząbków świeżego czosnku i niestety to nie był najlepszy pomysł.
Potem do słoiczków, niedużych, aby można było pożreć na jeden przysiad. Zdążycie, bo tak naprawdę najlepsze chutneye robi się jesienią, kiedy wszystko co potrzebne pod ręką.


Komentarze
Pokaż komentarze (27)