
Dziś składamy "hołd" jednemu z największych szumowin, jakie wydała ta wojna – Arsenowi Pawłowowi, zwanemu pieszczotliwie Motorolą.
"Człowiek"-legenda. "Człowiek"-mit. "Człowiek", który udowodnił, że z myjni samochodowej w Rostowie można zajść naprawdę daleko… prosto do piekła.
Urodzony w jakiejś zapomnianej przez Boga i ludzi Uchcie, sierota, drobny złodziejaszek z wyrokiem w zawieszeniu za kradzież samochodu. Klasyczny rosyjski loser, który w normalnym kraju skończyłby jako kolejny alkoholik na ławce. Ale dostał szansę. W 2014 roku poczuł wiatr historii – i smród prochu. Porzucił szmatę do mycia felg, wsiadł w pociąg i pojechał „bronić rosyjskiego świata” przed ukraińskimi babciami, dziećmi i emerytowanymi nauczycielami.
I jakaż to była kariera!
Z GoPro na hełmie biegał jak nakręcony, nagrywał swoje „bohaterskie” akcje i wysyłał do rosyjskiej telewizji. „Patrzcie, jaki nasz chłopak twardy! Półnagi, z kałachem, odpiera ataki faszystowskiej junty!” Kreml lał łzy szczęścia, a propaganda pompowała z tego zwykłego sadystę ikonę.
Szybko dorobił się własnego batalionu „Sparta” – nazwanego tak od gry komputerowej, bo całe to jego życie to była jedna wielka, chora, krwawa gra, w której prawdziwi ludzie byli tylko pixelami do odstrzału. Iłowajsk, Donieckie lotnisko, Debalcewo – wszędzie tam, gdzie lała się krew, Motorola czuł się jak ryba w wodzie. Albo raczej jak rekin w basenie pełnym krwi. Ale jego prawdziwą specjalnością nie były bitwy. Jego specjalnością byli jeńcy. Bezbronni, ranni, upokorzeni. Styczeń 2015, lotnisko w Doniecku. Schwytany ukraiński żołnierz Ihor Branowytskyj – „cyborg”, który walczył do końca wśród ruin. Pobity, zakrwawiony, bez szans. Motorola podchodzi, wyciąga pistolet TT i z zimną krwią pakuje mu dwie kule w głowę. „Żeby nie cierpiał” – rzuca podobno. Jakże humanitarny gest.
Prawdziwy rycerz „ruskiego świata”.
A kilka miesięcy później sam się pochwalił w nagraniu: „Rozstrzelałem piętnastu jeńców. Mam to w d"pie. Bez komentarzy.”
Piętnastu. Piętnastu bezbronnych ludzi. Z zimną krwią. I zero skruchy. Zero wstydu. Tylko czysta, zwierzęca satysfakcja psychopaty, któremu nagle dano władzę absolutną. To nie był żołnierz. To był zwykły, pospolity terrorysta i zbrodniarz wojenny. Sadysta, który znalazł sobie idealne pole do popisu. Tortury, egzekucje, upokarzanie – to była jego codzienność. I cały ten gnijący system „DRL” klaskał mu brawo, bo w „republice ludowej” właśnie tacy jak on są elitą. Przez dwa lata paradował po Doniecku jak król – na quadzie, z ochroniarzami, z dzieckiem w wózku, z medalami od bandytów. Rosyjskie telewizje robiły z niego gwiazdę. „Oto prawdziwy rosyjski mężczyzna!”
Aż przyszedł dzień zapłaty. 16 października 2016 roku. Wielki wojownik, pułkownik „armii DRL”, wchodzi do windy w swoim luksusowym (jak na Donieck) bloku przy ulicy Czeluskinców.
Klik. Drzwi się zamykają. Bum. Improwizowany ładunek na suficie zamienia kabinę w metalową rzeźnię. Koniec Motoroli. Koniec „legendy”.
Kawałki „bohatera” sprzątali potem razem z resztkami windy. Jakież to piękne. Jakże sprawiedliwe. Gość, który wysyłał ludzi na tamten świat bez sądu, bez litości, bez mrugnięcia okiem – sam zginął dokładnie w taki sam sposób: nagle, podstępnie, bez możliwości obrony. Żadnego heroicznego starcia. Żadnego „ostatniego bastionu”. Zwykła winda i kilka gramów materiału wybuchowego. Poetycka sprawiedliwość poziomu mistrzowskiego. Teraz, lata później, w rosyjskich szambach internetu nadal go czczą. Zdjęcia, memy, „wieczna chwała”, „bohater Rosji”.
Bo w tym chorym, zdegenerowanym społeczeństwie terrorysta, który otwarcie przyznaję się do rozstrzeliwania jeńców, nie jest potworem. Jest idolem. Jest wzorem. Jest „prawdziwym patriotą”. Motorola to nie był wyjątek. To był produkt systemu. Systemu, który bierze frustratów, przegranych, drobnych przestępców i sadystów, daje im broń, immunitet i tytuł „bojownika o pokój” i puszcza na Ukrainę, żeby tam wyżywali się na cywilach i jeńcach.
I dobrze, że skończył w windzie. Niech mu ziemia… nie. Niech mu doniecki beton będzie ciężki jak pieprzony kamień młyński. Niech się dusi w piekle razem ze wszystkimi takimi jak on – Givi, Zacha, Plotnickim i resztą tej bandyckiej hołoty.
Motorola – symbol całej tej „specjalnej operacji”. Od myjni do windy. Od zera do zera. Z krwi i wstydu. I niech nikt nigdy nie zapomni, kim naprawdę był. Nie bohaterem. Nie wojownikiem. Tylko żałosnym, krwawym śmieciem, który na chwilę dostał mikrofon i karabin.
ps.
Notka na podstawie wspomnień moich i moich kolegów z IDF i GRU. Więcej moich tekstów znajdziecie na Niepoprawni.pl i na Nasze Blogi.pl.
(Wysłuchał i spisał Potomek Radzieckich Wołyniaków)
Z Tel Awiwu z dumą
Mirek Skalski Wasz bloger z Izraela
Potomek Radzieckich Wołyniaków
Am Yisrael Chai!

Jeśli ktoś zamierza bezczelnie podszywać się pod moja tożsamość, to uprzedzam że to przestępstwo z art. 190a § 2 k.k.
W myśl art. 190a § 2 k.k. karze do trzech lat pozbawienia wolności podlega ten, kto, podszywając się pod inną osobę, wykorzystuje jej wizerunek lub inne jej dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej



Komentarze
Pokaż komentarze (2)