Sądząc po ilości miejsca jaką światowe media poświęcają wyborom w USA, można odnieść wrażenie, że żyje nimi zdecydowana większość mieszkańców naszego globu. Tego rodzaju podejście mówi nam więcej o współczesnych mediach niż o rzeczywistym zainteresowaniu wyborami w USA. Obecny wyścig o fotel w Białym Domu stał się parodią procesu wyborczego.
Gwoli sprawiedliwości muszę uczciwie przyznać, że i ja sam dałem się wciągnąć cztery lata temu w śledzenie tego specyficznego reality show. Tytułem usprawiedliwienia mogę tylko powiedzieć, że było to podyktowane dosyć intensywnym dyskomfortem jaki odczuwałem patrząc na Georga W. Busha i jego najbliższe otoczenie, gdy wyszło na jaw, że powody agresji na Irak (poza powszechnie znanym i przez lata akceptowanym przez Zachód okrucieństwem Husajna) są ordynarnie spreparowane. Co z tego, skoro okazało się, że w przeciwieństwie do reszty świata, amerykańskim wyborcom to nie przeszkadza i na kolejną kadencję wybrali człowieka, który ten stek kłamstw firmował swoim nazwiskiem.
Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż pamiętam jak za czasów moich studiów, jeszcze w latach 90-tych, jeden z wykładowców zapewniał studentów podczas wykładu, że nie przypomina sobie żadnego przypadku prezydenta USA przyłapanego na publicznym kłamstwie, który nie przypłaciłby tego stanowiskiem. Nawet bez należytej wówczas wiedzy, instynktownie czuliśmy, że jesteśmy w najlepszym przypadku świadkami zarówno idealizowania kolejnych przywódców Stanów Zjednoczonych jak i amerykańskiego systemu politycznego jako takiego, co zresztą nawet dziś nie jest takie rzadkie, nie tylko u profesorów uniwersyteckich. Nie wiem co obecnie mówi swoim studentom ten profesor, mam tylko nadzieję, że już w czasach prezydentury Clintona miał okazję raz na zawsze zweryfikować swoją opinię w tej materii.
Ale wróćmy do tegorocznej kampanii wyborczej w USA. Problem z amerykańskimi wyborami jest taki, że zarówno Demokraci jak i Republikanie, czyli jedyne liczące się partie w amerykańskim systemie politycznym, mają w gruncie rzeczy niemal identyczne programy zarówno pod względem gospodarczym, politycznym i społecznym. Specjaliści od public relations muszą się naprawdę nieźle natrudzić, aby wyborcy uwierzyli, że to czy wybiorą tego czy innego kandydata istotnie wpłynie na ich życie. Dotarcie do zasadniczych różnić programowych nie jest właściwie możliwe, bo ich nie ma! Cała zabawa przypomina raczej ćwiczenie na spostrzegawczość ze staromodnych czasopism w stylu: znajdź kilka szczegółów, którymi różnią te dwa rysunki. To, żeby te szczegóły urosły w oczach wyborców do rozmiarów przekładających się na decyzję o wzięciu udziału w wyborach to już rola speców od marketingu politycznego i public relations. Ci zgodnie z filozofią błahości starają się skupić uwagę opinii publicznej na jak najbardziej powierzchownych kwestiach, stanowiących niebagatelną część modnej konsumpcji*.
Aby zilustrować pozorność różnic wystarczy przytoczyć od lat dyskutowaną, przy okazji kolejnych masakr w szkołach średnich albo wyższych**, kwestię dostępu do broni palnej. Mam wrażenie, że częstotliwość tego rodzaju tragicznych zdarzeń spowodowała już chyba pewne uodpornienie opinii publicznej. Niemniej nie od dziś wiadomo, że żaden z kandydatów nie pozwoli sobie na zaproponowanie rzeczywistego ograniczenia prawa do posiadania broni. Zwykle o tego rodzaju skłonności posądzani są kandydaci Demokratów. Ich obecny kandydat Barack Obama, jeszcze do niedawna deklarował zdecydowane poparcie dla idei ograniczenia prawa do posiadania broni. Ostatnio media doniosły o jego nagłej wolcie w tej kwestii. Można się tylko domyślać, że ktoś z jego sztabu wyjaśnił mu czym dla jego szans w wyścigu grozi konsekwentne występowanie przeciwko silnemu lobby producentów broni oraz stojącym za nimi miłośnikami militariów. Widocznie dane dotyczące potencjalnego spadku w słupkach poparcia musiały być porażające, skoro Obama nie zamierza już kwestionować ani także utrudniać dostępu do broni. Żaden z kandydatów nie odważy się w obawie o stratę subwencji ale i głosów wyborczych, wystąpić przeciwko tego rodzaju liczącym się organizacjom lobbystycznym.
Zbigniew Modrzewski
Jutro na blogu USA 2008 druga część tekstu "Wyborcze reality show - sztuka kreacji"
* Noam Chomsky "Polityka, anarchizm, lingwistyka" Oficyna Wydawnicza Bractwa Trojka Poznań 2007, str. 57
** Fakt, że sprawcy masakr dokonują ich zazwyczaj w szkołach, powinien dać do myślenia decydentom odpowiedzialnym za system edukacji.
Podobne:


Komentarze
Pokaż komentarze (6)