W Stanach Zjednoczonych nie od dziś prezencja kandydata w telewizji ma ogromny wpływ na zdobycie przez niego nominacji danej partii, a następnie zwycięstwo w wyborach prezydenckich. W związku z tym udział specjalistów w kreowaniu wizerunku polityków zwiększył się w ostatnich dekadach w niebywałym stopniu. O ile jeszcze w latach 80-tych ubiegłego wieku był to powód do pewnych uszczypliwości ze strony europejskich komentatorów politycznych, to dziś nikogo już nie dziwi opracowywanie strategii całych kampanii wyborczych przez wyspecjalizowane agencje public relations. Ten proces praktycznie niczym już się nie różni od wprowadzenia na rynek i wypromowania dowolnego produktu. To smutne, że te same techniki służą do wciśnięcia ludziom nowej lodówki, proszku do prania, prezerwatywy czy nowego prezydenta.
Wszystko to razem prowadzi do kuriozalnej sytuacji, gdzie nie jest ważne jakie poglądy na tą czy inna sprawę ma dany kandydat, a to na ile skutecznie udaje się sprzedać jego wizerunek. Dochodzimy do momentu, który jeszcze niedawno wydawał się możliwy tylko w filmach political fiction: realne staje zwycięstwo jednego z kandydatów na podstawie całkowicie fałszywego i wykreowanego przez specjalistów wizerunku. Idealny kandydat na prezydenta to taki, który potrafi wejść w dowolny przygotowany dla niego scenariusz. Talent aktorski staje się zaletą wręcz nie do przecenienia.
Machina marketingu politycznego bynajmniej nie przestaje pracować po wyborach. Część mediów w Polsce oburzyła wiadomość, że na wizerunek premiera Donalda Tuska pracuje bodaj siedmiu specjalistów. Machina może się wydawać nieco rozbuchana jak nasze warunki, ale to przecież naturalna forma i konsekwencja przyjętej wcześniej metody oddziaływania na rzeczywistość. Przecież po każdych wyborach zawsze będą jakieś następne. Show must go on! Warto jednak odnotować, że od jakiegoś czasu nawet w samym amerykańskim społeczeństwie można obserwować zjawisko dystansowania się od tej całej szopki wyborczej.
Jak podaje Noam Chomsky w jednej ze swych prac***, badania opinii publicznej w przededniu wyborów prezydenckich w 2000 roku pokazywały, że 3/4 społeczeństwa postrzegało nadchodzące wydarzenie jako farsę. Otóż dla większości z tych osób walka pomiędzy Demokratami i Republikanami jest mieszanką gry pomiędzy sponsorami, przywódcami partyjnymi oraz specjalistami public relations. Ci ostatni są odpowiedzialni w oczach większości opinii publicznej za to, żeby kandydaci do Białego Domu mówili niemal wszystko, aby tylko zostać wybranym. Ta zasada zdaje się obowiązywać nie tylko w Stanach Zjednoczonych.
- Wyborcze reality show - sztuka kreacji - część I
- PR przede wszystkim
- Niech żyje różnica?
- Wojny klonów
- Technologia polityczna 2008 - Demokraci - część I, część II
- Technologia polityczna 2008 - Republikanie - część I, część II


Komentarze
Pokaż komentarze (4)