Demokracja nie ma pomników. Nie bije medali. Nie umieszcza wizerunku żadnego człowieka na monetach. To znane spostrzeżenie Johna Quincy’ego Adamsa o egalitarnych cnotach amerykańskiego systemu politycznego szybko stało się raczej niedoścignionym ideałem niż opisem rzeczywistości, przynajmniej według doktora Kerstena.
W przypadku pamięci zbiorowej Amerykanie okazali się dokładnie tacy sami jak inne narody, pragnący posiadać swoich własnych bohaterów, pomniki i symbole. Skutek był łatwy do przewidzenia: pomnik Waszyngtona, Mount Rushmore czy Przeminęło z wiatrem to tylko parę przykladów amerykańskiego pragnienia posiadania, pomimo młodej państwowości, uczczonej w odpowiedni sposób przeszłości. Sam Adams, w uderzający sposób wbrew swoim zaleceniom jest obecny na ostatnim rewersie monety jednodolarowej.
Czasem ta pochwała przybiera wręcz religijną formę. Rzeźba Jerzego Waszyngtona wystawiona w Kapitolu w 1841 roku (obecnie w posiadaniu Smithsonian Institution), była wzorowana na posągach starożytnych herosów i w tamtych czasach była wprost obraźliwa zważywszy na skromną ilość posiadanych przez Waszyngtona ubrań.
Jeszcze jawniejszą próbą sakralizowania bohaterów z przeszłości jest Pomnik Lincolna (Lincoln Memorial), zaprojektowany na wzór greckiej świątyni i z posągiem prezydenta wzorowanym na pomniku Zeusa z Olimpii. Nawet bez quasi-antycznej oprawy Lincoln ma w amerykańskiej świadomości więcej wspólnego z postacią religijną niż ze zwykłym politykiem – jego dziedzictwo wyzwoliciela niewolników i obrońcy narodu razem z męczeństwem (został zamordowany w Wielki Piątek) czyni z niego współczesną wersję Jezusa Chrystusa. To odniesienie jest stosowane nawet przez Hollywood – w Nixonie Oliviera Stone’a główny bohater często przedstawiany jest w pozycji modlitewnej przed portretem Lincolna. Sugestia dla widza jest jasna.
Tego rodzaju myślenie może iść jeszcze dalej. Jerzy Waszyngton jako założyciel narodu może reprezentować Boga Ojca, podczas gdy John F. Kennedy z powodu swojej przedwczesnej śmierci może być postrzegany jako kolejna inkarnacja Chrystusa, ale dzięki swojej charyzmie i umiejętności kierowania tłumem może reprezentować również Ducha Świętego. Większość Amerykanów prawdopodobnie nie wierzy w tę reprezentację Trójcy Świętej, ale niektóre religijne umysły, szczególnie dzięki tym symbolicznym porównaniom, mogą mieszać świętość religii ze świetością historii. Nic w tym dziwnego zatem, że wizja Stanów Zjednoczonych jako narodu wybranego pozostaje żywa.
- Superprezydent - relacja z Wittenbergi (III)
- Niespodziewana zamiana ról - relacja z Wittenbergi (II)
- Prezydent to taka kiepska wersja polskiego króla - relacja z Wittenbergi (I)
- Film: Nixon
- Religia wyboru, wybór religii
- Wiara i pokój
- Stany Zjednoczone przeciw ateizmowi
- Książka - Madeleine Albright: The Mighty and the Almighty
- Książka - Sebastien Fath: Religia w Białym Domu


Komentarze
Pokaż komentarze (2)