W Kolorado była dokładnie 15:00, a w Polsce 23:00, gdy Howard Dean, przewodniczący Krajowego Komitetu Wykonawczego Partii Demokratycznej (formalny lider partii) otworzył uroczyście 45. Narodową Konwencję Demokratyczną w Denver. Tak oto zaczęło się wielkie medialne i polityczne show, którego głównym celem jest przekonanie wyborców, iż mimo wyjątkowo dramatycznej i zaciętej kampanii prawyborczej, Demokraci są znów zwarci, silni i gotowi do odbicia po 8 latach Białego Domu.
Pierwszym mówcą z absolutnego topu amerykańskiej polityki była Nancy Pelosi, urzędująca spiker (marszałek) Izby Reprezentantów. Pelosi objęła to stanowisko jako pierwsza w dziejach kobieta i zaliczana jest, razem z takimi postaciami jak Hillary Clinton czy Condoleeza Rice, do grona najbardziej wpływowych na waszyngtońskich salonach pań.
Niestety Pelosi nie zdołała wyjść w swojej mowie poza ogólniki i wyświechatane już w tej kampanii slogany typu marzenie Baracka Obamy jest marzeniem Ameryki czy daje on nam nową nadzieję na przyszłość Ameryki. Jedynym bardziej konkretnym wątkiem programowym była zapowiedź ograniczenia wpływów specjalnych interesów (przez co należy rozumieć różnego typu lobbystów) na proces stanowienia prawa.
Najbardziej dramatycznym, a dla wielu wzruszającym momentem pierwszego dnia konwencji było pojawienie się na mównicy senatora Edwarda Kennedy'ego, będącego w USA człowiekiem - instytycją. Dość powiedzieć, że jest on trzecim ze słynnego politycznego rodzeństwa Kennedych - jego braćmi byli John Fitzgerald i Robert, obaj zabici w zamachach w latach 60. Edward przeżył i stał się nestorem bardzo wpływowej rodziny, lecz obecnie również jego życie zbliża się smutnego końca. 76-letni senator cierpi na nieuleczanego raka mózgu i chyba nikt już nie wierzy, że zagości na konwencji za cztery lata.
Mimo utrudniającej mówienie choroby, Kennedy zachował swój silny głos i oratorską swadę. Odniósł się do zarzutów, iż cele wyznaczane przez Obamę są tak ambitne, że aż nierealne. Przywołał postać swojego brata, który jako prezydent uruchomił program lotów na Księżyc, choć inni mówili, że to za trudne. A jednak dopiął swego. Jesteśmy wszyscy Amerykanami. To właśnie robimy. Docieramy do Księżyca. Obniżamy wysokości. Wiem to. Widziałem to. Przeżyłem to. I możemy to zrobić ponownie.
Tradycją konwencji - wynikającą głównie z chęci budowania napięcia - jest to, iż jako ostatnia przemawia osoba uważana za najważniejszą danego dnia. W poniedziałkowy wieczór (gdy Polska budziła się już powoli do życia) rola ta przypadła kobiecie, którą większość zebranych w Pepsi Center chciałaby widzieć już wkrótce jako Pierwszą Damę.
Od żon kandydatów oczekuje się zwykle ocieplenia ich wizerunku, a także pokazania twarzy zwykłego człowieka, zamiast wytrenowanego przez speców od PR polityka. Cztery lata temu żona ówczesnego demokratycznego nominata, Teresa Heinz Kerry, uderzała przede wszystkim swoją naturalnością, podkreślaną dość egzotycznym akcentem (jej językiem ojczystym jest portugalski). Po Michelle Obamie widać było, iż w roli wiecowego mówcy czuje się nieswojo - zdarzało jej się zacinać, wyraźnie miała też problemy z doborem odpowiedniej mimiki (z jednej strony próbowała cały czas szeroko się uśmiechać, a z drugiej wyglądać poważnie). Sam tekst jej przemówienia okazał się jednak zaskakująco sztampowy. Mówiła o niesionym przez swego męża przesłaniu politycznej świeżości, o jego wspaniałych ideałach i oczywiście (to element obowiązkowy wystąpień żon), że polityka wcale go nie zmieniła, że jest wciąż tym samym chłopakiem, którym niegdyś się zakochała. Była przerażająco przewidywalna - powiedziała dokładnie to, czego wszyscy się po niej spodziewali, i właściwie nic więcej.
Jarosław Błaszczak
Podobne:
Komentarze
Pokaż komentarze (9)