Zacznijmy od formalności. Głównym punktem popołudniowej (trwającej od 15:00 do 19:00 czasu lokalnego) sesji trzeciego dnia obrad konwencji w Denver było dokonanie tego, co oficjalnie stanowi najważniejsze zadanie całej imprezy - wyboru nominata partii na stanowisko prezydenta USA i jego zastępcy. Zgłoszono dwoje kandydatów - Baracka Obamę i Hillary Clinton. Wynik był z góry przesądzony, ponieważ delegaci poszczególnych stanów są związani instrukcjami wyborców wyrażonymi podczas prawyborów, a w tych Obama wygrał i zebrał wymaganą większość głosów.
Początkowo procedura przebiegała zgodnie z uświęconym latami tradycji zwyczajem. Sekretarz Komitetu Krajowego partii, Alice Travis Germond, pytała z mównicy delegacje kolejnych stanów, jak głosują (możliwy był podział ich głosów). Stany wywoływane były w kolejności alfabetycznej, począwszy od Alabamy. Następnie przewodniczący stanowych delegacji ogłaszali werdykt, okraszając go obficie zachwytami nad wspaniałością własnego stanu oraz mądrością tamtejszych demokratycznych przywódców. Tak było aż do stanu Nowy Meksyk. Gdy przyszła kolej na Nowy Jork, na sali pojawiła się reprezentująca w parlamencie tenże stan senator Clinton. W asyście chroniących ją agentów Secret Service przedarła się przez tłum do nowojorskiej delegacji, a następnie przez mikrofon jej przewodniczącego złożyła wniosek o przerwanie głosowania i udzielenia Obamie nominacji przez aklamację. Może sposób wyreżyserowania tej sceny nie był zbyt finezyjny, ale chodziło o wysłanie kolejnego sygnału, że partia jest zjednoczona. Wniosek został oczywiście przyjęty. Nieco później, również przez aklamację, nominację wiceprezydencką uzyskał Joe Biden.
Wieczorem przyszedł czas na polityków przywołujących wspomnienie poprzedniej demokratycznej administracji, działającej pod wodzą Billa Clintona w latach 1993-2001. Najpierw wystąpiła Madeleine Albright, pierwsza w historii kobieta stojąca na czele amerykańskiej dyplomacji, będąca jedną z głównych twarzy clintonowskiej polityki zagranicznej.
Clinton znalazł się w niewdzięcznej sytuacji, musząc poprzeć niedawnego rywala swej żony. Nie ukrywał tego. To nie mój kandydat wygrał w prawyborach - powiedział na wstępie. Ale zaraz potem dodał, że zgodnie z wtorkową deklaracją swojej żony, zamierza zrobić wszystko, aby Obama wygrał w listopadzie. Wierzy, że tak samo podejdzie do tego 18 milionów osób, które w prawyborach zagłosowało na Hillary. Nie licząc typowo Clintonowskich wstawek półżartem, półserio (jestem tu z dwóch powodów: aby poprzeć Baracka Obamę i aby rozgrzać salę dla Joe Bidena), w głównej części swego wystąpienia nie powiedział niczego rewolucyjnego ani nawet nowego na tej konwencji.
Omówił najważniejsze elementy programu Demokratów, a także ostro zaatakował Republikanów. Z pasją argumentował, że Barack Obama jest właściwym człowiekiem, by wyciągnąć kraj z kłopotów, w jakie wpędziły go lata republikańskiej dominacji nad władzą wykonawczą i ustawodawczą. Trzeba przyznać, że wypadł w tym znacznie bardziej przekonująco niż jego żona dzień wcześniej. Pod koniec odniósł się do zarzutu, że Obama jest zbyt młody i niedoświadczony, by być Naczelnym Wodzem. Przypomniał, że w 1992 dokładnie to samo mówiono o nim.
Na sprawach zagranicznych skoncentrował się także John Kerry, który cztery lata temu występował na konwencji w roli głównej, jednak nie zdołał zapobiec reelekcji Busha.
Przypomniał, że John McCain w 90% głosowań w Senacie opowiadał się za przedłożeniami prezydenckimi. 90% George'a Busha to dla nas za wiele - skomentował. Wyliczył też listę spraw, w których McCain inaczej zagłosował, a co innego mówi teraz jako kandydat. Żartujecie sobie, chłopaki? - zapytał. Zapowiedział, że Obama zamknie więzienie w Guantanamo, uzasadniając to krótko: Stany Zjednoczone Ameryki nie torturują. Stwierdził, że nawet tak potężne państwo jak USA potrzebuje sojuszników.
Po drugie, Biden może uchodzić wśród amerykańskich polityków za eksperta od polityki zagranicznej. Być może to właśnie dlatego trzeci dzień konwencji poświęcono tej tematyce, aby na jego koniec Biden mógł zabłysnąć z mównicy brzmiącymi całkiem przekonująco rozważaniami o strategii, jaką należy przyjąć w Iraku i Afganistanie. Jego wystąpienie pokazało, że jest także niezłym mówcą - może nie na miarę Billa Clintona czy Baracka Obamy, ale umiejętna modulacja głosu i sugestywna gestukalacja sprawiają, że słucha się go z zainteresowaniem.
Dzień zakończył się niespodzianką. Obama po raz kolejny postanowił złamać przyjęte od lat zasady, i zamiast trzymać delegatów w napięciu do samego końca, pojawił się na scenie już trzeciego dnia. Był wyraźnie rozluźniony, chwalił Bidena, dziękował dotychczasowym mówcom. Uzasadnił też, czemu konwencja przenosi się na ostatni dzień z hali Pepsi Center na stadion Invesco Field. Według niego, umożliwi to większej liczbie ludzi wysłuchania jego acceptance speech (mowy, w której oficjalnie przyjmie nominację i przedstawi swój program) na żywo i pokaże, że Partia Demokratyczna jest otwarta na wszystkich.
Jarosław Błaszczak
- Denver - dzień drugi
- Denver - wzruszająco i podniośle
- Denver - dzień pierwszy
- Maximum Demokratów
- Barack Obama: Demokratyczny sen na jawie (I), (II)


Komentarze
Pokaż komentarze (3)