USA 2008 USA 2008
23
BLOG

DENVER - DZIEŃ CZWARTY

USA 2008 USA 2008 Polityka Obserwuj notkę 1

Jak już pisaliśmy, w ostatnim czasie Republikanie starają się przypiąć Barackowi Obamie łatkę celebryty, który bardziej niż mężów stanu, przypomina medialne gwiazdki. Demokratyczny nominat broni się przed tym ze wszystkich sił, ale czwartego dnia konwencji pod pewnymi względami faktycznie zachowywał się jak gwiazda muzyki. Po pierwsze, wystąpił na wielkim stadionie - konwencja przeniosła się bowiem z hali Pepsi Center na używany na co dzień do rozgrywania meczów futbolu amerykańskiego obiekt Invesco Field. Po drugie, zaprosił wiele innych gwiazd - politycznych i muzycznych. Wśród tych ostatnich byli m.in. Stevie Wonder i Sheryl Crow.

Obama przez całą kampanię usilnie unikał motywów rasowych i bardzo starał się nie mówić o sobie jako o pierwszym czarnym Amerykaninie z realnymi szansami na prezydenturę. W czwartkowe popołudnie ten rygor został na chwilę poluzowany i krótkie przemówienie wygłosił Martin Luther King III, najstarszy syn zamordowanego 40 lat temu lidera ruchu na rzecz równouprawnienia czarnych. Powiedział, że gdyby Obama wygrał w tych wyborach, ziściłby się ów legendarny już sen, o którym jego ojciec mówił w swym słynnym przemówieniu w Waszyngtonie.

Największą polityczną gwiazdą dnia, oczywiście oprócz samego Obamy, był Al Gore - wiceprezydent u boku Billa Clintona i laureat ubiegłorocznej Pokojowej Nagrody Nobla, uhonorowany nią w uznaniu jego wkładu za walkę z globalnym ociepleniem. Ale dla twardego, demokratycznego elektoratu, Gore jest kimś znacznie więcej. Jest ucieleśnieniem toczonej przez jeszcze ponad 6 tygodni po wyborach walki o prezydenturę, jaka rozegrała się w roku 2000 między nim a George'em W. Bushem. Walki zakończonej wyrokiem sądu - zdaniem Demokratów zdominowanego przez Republikanów, którzy w ten sposób ukradli ich partii zwycięstwo. Żaden przegrany kandydat nie był nigdy tak blisko osiągnięcia celu jak on.

Można było odnieść wrażenie, że Gore jest pierwszym z kluczowych mówców tej konwencji, któremu bardziej zależy na przekazaniu czegoś istotnego niż na wzbudzenia zachwytu publiki. Na tle innych, mówił może mniej efektownie, miejscami nieco trudniejszym językiem, ale jego przemówienie mogło przypaść do gustu zwłaszcza elitom demokratycznego elektoratu - liberalnej inteligencji.

Nie było chyba wielkim zaskoczeniem, że wiele miejsca poświęcił kwestiom ekologicznym. Zwracał uwagę również na pozaprzyrodnicze aspekty zmian klimatycznych, jak chociażby napływ nowych fali uchodźców, których kolejne klęski żywiołowe zmuszą do opuszczenia domów. Stwierdził, że aby zacząć walczyć z tym kryzysem, brakuje już tylko jednego - prezydenta, który chciałby to zrobić. Nie mógł się powstrzymać od małej, prywatnej vendetty i wyliczył najbardziej niepopularne posunięcia Busha zaznaczając, że gdyby to on wygrał osiem lat temu, historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Postawił McCainowi prosty zarzut: jego zdaniem zapowiada się, że senator z Arizony będzie kontynuuował politykę obecnego prezydenta. Było to już kolejne przemówienie, w którym Demokraci starali się wrzucić Busha, Cheneya i McCaina do jednego worka. W środę John Kerry i Joe Biden nawet przejęzyczyli się (trudno powiedzieć, na ile celowo), myląc nazwiska prezydenta i republikańskiego kandydata.

A potem wreszcie nadszedł kulminacyjny moment całej konwencji - acceptance speech - przemówienie, w którym wybrany przez partię kandydat oficjalnie przyjmuje nominację, przedstawia swój program i inauguruje finałową fazę swej kampanii wyborczej.

Jak przystało na kandydata partii opozycyjnej, Obama mocno zaatakował urzędującego prezydenta i popieranego przez niego kandydata. Wiele miejsca poświęcił zwalnianym robotnikom, rodzinom żołnierzy i innym grupom z którymi - jego zdaniem - Republikanie w ogóle się nie liczą. Powiedział, że docenia zasługi McCaina jako żołnierza (sztab Republikanów odwzajemnił ten ukłon, emitując przez kilka godzin po zakończeniu konwencji spoty gratulujące Obamie nominacji) i nie zarzuca mu, iż nie troszczy się o zwykłych Amerykanów. On po prostu nie ma pojęcia o ich sytuacji, bo sam za klasę średnią uważa osoby zarabiające nawet parę milionów dolarów rocznie.

Gdyby chcieć na podstawie przemówienia Obamy zdefiniować jakoś ową na wpół mityczną zmianę, którą zapowiada, można by ją rozszyfrować jako powrót do wielu dobrze już znanych koncepcji, w dużej części mających swe korzenie po lewej stronie sceny politycznej. A oto kilka konkretów z jego wystąpienia:

  • reforma systemu podatkowego: zmniejszenie obciążeń słabo zarabiających i małych firm (wg Obamy, obniżki obejmą 95% rodzin); ulgi podatkowe dla firm tworzących miejsca pracy w USA
  • likwidacja podatku od zysków kapitałowych dla małych firm
  • polityka energetyczna mająca w ciągu 10 lat zlikwidować zależność od ropy naftowej z Bliskiego Wschodu; w tym czasie 150 mld dolarów ze środków rządowych zostanie zainwestowane w odnawialne źródła energii; ma to dać 5 milionów nowych miejsc pracy
  • zwiększenie liczby nauczycieli i podniesienie ich płac
  • obniżenie składek zdrowotnych; objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym tych, których dziś na to nie stać; większa kontrola postępowania firm ubezpieczeniowych wobec ciężko chorych pacjentów
  • zwiększenie zasiłków chorobowych i rodzinnych
  • zrównanie płac kobiet i mężczyzn
Słuchając tego z najlepszą choćby wolą, część tych postulatów należy uznać za populistyczne i nieco oderwane od realiów. Kwestie ubezpieczeń zdrowotnych czy emerytalnych są w USA w ogromnej części oddane w gestię sektora prywatnego, na który prezydent może oddziaływać co najwyżej pośrednio, poprzez propozycje zmian w ustawodawstwie i akty wykonawcze. Aby nie dopuścić do powstania wrażenia, że jego program można streścić w haśle państwo zrobi wszystko za ciebie, Obama zastrzegł zaraz, że nawet najlepsze programy edukacyjne nie zastąpią rodzicielskiej troski, a polityka energetyczna nie odniesie sukcesu, póki ludzi nie zaczną oszczędzać jej zasobów we własnych domach.

Część poświęconą polityce zagranicznej i obronnej zaczął od zapewnienia, że jest gotów do debaty na temat zdolności obu kandydatów do objęcia roli Naczelnego Wodza. Po raz kolejny zaatakował rywala: John McCain mówi, że będzie ścigał bin Ladena choćby do bram piekieł. Ale tak naprawdę nie dojdzie za nim nawet do jaskini, w której się chowa. Przywołał wymieniany już na tej konwencji argument za wyjściem z Iraku: gdy rząd w Bagdadzie cieszy się sporą nadwyżką budżetową, Ameryka tonie w deficycie. Stwierdził, że jest gotowy na debatę z McCainem, ale nie akceptuje sposobu prowadzenia kampanii, w której podważa się nawzajem swój patriotyzm.

Jak Republikanie odpowiedzą na ostatni tydzień ataków? O tym przekonamy się już za kilka dni, gdy w Saint Paul w Minnesocie zbierze się ich konwencja. Codzienne relacje na naszym blogu będą ukazywać się w każdy wieczór od wtorku do piątku. Już teraz zapraszamy do lektury!

Jarosław Błaszczak

Podobne:
USA 2008
O mnie USA 2008

Dołącz do nas. Kontakt: usa2008@gazeta.pl O wyborach w Ameryce piszemy od listopada 2007. Nasze wpisy sprzed 14 lipca 2008 możesz przeczytać na http://usa2008.blox.pl Teksty są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska Kierowniczka projektu: Anna Dryjańska Koordynatorzy: Bartłomiej Bartel Jarosław Błaszczak Ewa Dryjańska Maciej Józefowicz oraz Paweł Adamiec Adrian Biernacki Michał Filipowicz Magdalena Gotowicka Piotr Kobosko Paulina Kozłowska Maciej Lewandowski Maciej Matejewski Morgan O'Neill Jakub Osina Marcin Świerczek i inni

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka