Po wystąpieniach państwa Clinton na konwencji w Denver brytyjskie media opanował bezgraniczny zachwyt. Wychwala się głównie byłego prezydenta, ale również Hillary Clinton zasłużyła, zdaniem komentatorów z Wysp, na słowa najwyższego uznania. Pisze się o: mistrzowskim przedstawieniu, fenomenalnej i fantastycznej przemowie,czy potężnym pokazie (partyjnej) jedności. Najdalej w swych zachwytach posunął się niewątpliwie Justin Webb – amerykański korespondent BBC, który na swoim blogu stwierdza, że wystąpienie Hillary Clinton to wielki, historyczny moment w dziejach USA:
To było oszałamiające – moment olśniewającego przedstawienia politycznego, chwila, którą będziemy zachwycać się przez lata. Całe wydarzenie przypominało mu Parlament Brytyjski z lat świetności – rozkrzyczany i pełen sporów, ale świadomy swej siły, świadomy konsekwencji, jakie będą wynikiem podjętych tu decyzji. I dalej w tym samym tonie: Hillary Clinton wypowiedziała właśnie te słowa, które miała wypowiedzieć, co prawda w trochę zbyt wytworny sposób (co ponownie nasuwa porównania do polityków brytyjskich), ale jasno i z pełną świadomością konsekwencji, jakie niosą one z sobą. Przedstawienie z udziałem byłej Pierwszej Damy i późniejsze okrzyki rozentuzjazmowanej widowni to - zdaniem Webba - pokaz wielkiej siły, to polityczny teatr najlepszego gatunku.
W nieco mniej entuzjastyczny i – co za tym idzie – bardziej analityczny sposób, inny felietonista brytyjski – piszący dla Guardiana Jonathan Freedlandkomentuje wystąpienie Billa Clintona. Stwierdza on, iż były prezydent zrobił wszystko to, co powinien zrobić, w sposób idealny. Nie tylko poparł Obamę i przekonał elektorat swej żony do głosowania w listopadzie na kandydata Demokratów, ale także – co ważniejsze – wyraźnie wskazał na te jego cechy, które predysponują go do prezydentury oraz w jasny i przejrzysty sposób ukazał wady jego republikańskiego rywala. Barack Obama otrzymał od człowieka, który – jak pisze felietonista Guardiana – był mistrzem politycznych kampanii drugiej połowy ubiegłego wieku, nie tylko mocne wsparcie, ale również darmowy poradnik jak wygrać wybory prezydenckie.
Od rozentuzjazmowanego tonu zachwytów i pochwał odbiega, i to w zdecydowany sposób, krytyczny komentarz opublikowany w The Telegraph. Toby Hardnen pisze w nim, że dzień, w którym Obama został oficjalnie nominowany – jako pierwszy ciemnoskóry kandydat liczącej się partii – na prezydenta USA, został mu niejako skradziony przez państwa Clinton. Brytyjski dziennikarz uważa, iż sam wybór przez aklamację był niefortunnym – dla Obamy – wydarzeniem, które miało sprawić wrażenie, jakby nominacja (dzielnie przez niego wywalczona w ciężkich, paromiesięcznych bojach) została mu podarowana przez Hillary. Zebrani w Pepsi Centrum ludzie wiwatowali – owszem – ale nie na cześć Baracka Obamy, tylko na cześć państwa Clinton. Sam kandydat, o zgrozo, pojawił się w sali dopiero wtedy, kiedy owacyjnie żegnane małżeństwo opuściło miejsce wydarzeń. Wygląda to, jakby Obama bał się spotkania z Billem i Hillary – konkluduje Toby Hardnen, po czym dodaje, że dopiero teraz rozpoczyna się jego (Obamy) prawdziwy show – trochę późno, ale nadal jest wystarczająco dużo czasu na to, aby przekonać się jakim – tak naprawdę – jest on politykiem.
Maciej Lewandowski
- Denver - dzień czwarty
- Denver - dzień trzeci
- Denver - dzień drugi
- Denver - wzruszająco i podniośle
- Denver - dzień pierwszy
- Maximum Demokratów
- Barack Obama: Demokratyczny sen na jawie (I), (II)


Komentarze
Pokaż komentarze (2)