Dobrze wyreżyserowany i sprawnie przeprowadzony czterodniowy spektakl, jakim była konwencja w Denver, przyniósł oczekiwane skutki. Partia Demokratyczna została zjednoczona - nie ma już mowy o schizmie Clintonów, a Barack Obama udowodnił, że jest silnym politykiem, potrafiącym zdecydowanie i w konkretny sposób powalczyć z McCainem o prezydenturę. Uczynił krok w kierunku zwycięstwa - spory krok - polegający nie tylko na wzmocnieniu swego wizerunku jako wspaniałego oratora porywającego tłumy, ale także – co ważniejsze w świetle listopadowych wyborów – przedstawiając konkretne rozwiązania, jakie Stany Zjednoczone będą musiały przedsięwziąć, aby odbudować swą pozycję na świecie i rozwiązać problemy wewnętrzne.
Tak więc śmiało można stwierdzić, iż spektakl w Denver – niezależnie od tego, czy nazywany mydlaną operą, czy też wspaniałym politycznym teatrem – odniósł sukces. Kulminacyjny moment – przemowa głównego bohatera przedstawienia przed ponad osiemdziesięciotysięczną publicznością – przygotowywany był skrupulatnie i szczegółowo od pierwszych chwil konwencji, od pierwszej mowy Nancy Pelosi w poniedziałkowy wieczór. Wszyscy następni mówcy: Ted Kennedy, Michelle Obama, John Biden, John Kerry i – oczywiście – Hillary i Bill Clinton, kunsztownie przygotowywali grunt pod końcową orację Obamy. Wszystkie wystąpienia pomyślane były tak, aby zbudować dwa jasne, niczym niezmącone obrazy: zjednoczonej Partii Demokratycznej i Baracka Obamy, jako naszego człowieka w Białym Domu.
Demokratyczna konwencja w Denver: Michelle Obama z córkamiNajwiększe brawa należą się niewątpliwie dwóm damom: Michelle Obamie – za przedstawienie męża jako kochającego członka rodziny oraz Hillary Clinton (której wystąpienie uważane jest powszechnie za najlepszą mowę w całej jej politycznej karierze) – za zdecydowane przekonanie swojego elektoratu do poparcia Obamy. Nic dziwnego, że – po trzydniowym przygotowaniach – czwartkowa mowa na wypełnionym po brzegi stadionie, podczas której Obama zaakceptował nominację, okazała się wielkim sukcesem. Tłumy szalały, przed telewizorami zebrało się więcej ludzi, niż podczas transmisji ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, a wszystkie elementy tego politycznego show ponownie pomogły w osiągnięciu głównego celu konwencji – zjednoczenia elektoratu wokół osoby demokratycznego kandydata.
W czwartkowy wieczór nie ograniczono się tylko i wyłącznie do przekazów aktorskich biorących udział w przedstawieniu polityków (opuszczenie sceny przez Obamę w otoczeniu rodziny, wymarsz jako rodzina – niezwykle, według Joe Navarro, specjalisty od mowy ciała, silny przekaz medialny), postarano się także o odpowiednie elementy scenograficzne – na przykład kolumny, mające wywołać u widzów skojarzenia z grecką, antyczną tradycją demokratyczną. Demokracja w najlepszym wydaniu, polityczny teatr najwyższych lotów – jak twierdzą liczni amerykańscy komentatorzy. Miejmy tylko nadzieję, że na teatrze się nie skończy.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)