Było podniośle, hucznie i spektakularnie – jak zwykle. Zakończona konwencja Demokratów przebiegła zgodnie z oczekiwaniami: zebrane gwiazdy miały wywołać entuzjazm publiczności w sali i przed telewizorami, partia miała dać dowód własnej jedności, a namaszczony kandydat miał porwać naród w kolejnym efektownym przemówieniu. W sumie się udało, ale nie jest to wydarzenie, które przejdzie do historii. Ot, kolejny polityczny fajerwerk, przygotowany przez geniuszy marketingu i pijaru, który jednak nie otworzy automatycznie Obamie drzwi do Białego Domu. Na to sam musi sobie zapracować.
Pod względem osobowym dobór mówców był imponujący – partia sięgnęła po wszystkich swoich herosów. Byli Bill, Hillary i Al Gore, którzy mieli przypomnieć złote czasy demokratycznych rządów z lat 90. Były oczywiście również szychy partyjne – Pelosi czy Kerry. Był Ted Kennedy, chodzący teraz w podwójnej glorii ostatniego z wielkich braci i męczennika dzielnie walczącego z nieuleczalną chorobą. Z wielkich nazwisk zabrakło tylko Johna Edwardsa, który po ujawnieniu jego pozamałżeńskich wyczynów może już myśleć o swojej karierze politycznej w czasie przeszłym dokonanym. Takiej plejadzie gwiazd Republikanie mogą przeciwstawić jedynie Arnolda Schwarzeneggera, który sam jeden takiego show nie stworzy.
Mimo ogólnej przewidywalności programu parę nowych elementów odegrało w nim swoją rolę. Ceremonia przyjęcia kandydatury Obamy przez aklamację, choć ze spontanicznością mająca tyle wspólnego co obietnice zmiany z wiceprezydenturą Bidena, była chyba najmocniejszym sposobem na pokazanie, że Demokraci są w stanie zasypać podziały dla większego dobra. Znamiennym było również miejsce, w jakim Obama wygłosił mowę finałową. Stadiony niezupełnie kojarzą się z przemówieniami polityków – w świadomości publicznej obecne są jako miejsca występów gwiazd muzyki (z których część skorzystała z okazji i w przerwach od wielkiej polityki umilała czas zgromadzonym) i, przynajmniej u nas, choć Ameryka również spotkała się z tym fenomenem, papieży. To pokazuje, w jakiej kategorii skojarzeń Barack Obama chce funkcjonować jako celebryta bądź duchowy przywódca i że chce odgrywać rolę kogoś więcej niż zwykłego, nudnego polityka. Problem w tym, że takie zapędy senatora z Illinois były już wykorzystywane przez sztab McCaina, który w słynnej reklamówce porównał Obamę do Mojżesza, i są wdzięcznym tematem do dalszych ataków.
Okazana jedność partii rzeczywiście wygląda przekonująco, ale zgoda wśród partyjnej wierchuszki to jedno, a poglądy wyborców na dole, to drugie. Sondaże wciąż pokazują, że prawie 1/3 wyborców demokratycznych wciąż jest niezadowolonych z kandydata własnej partii i rozważa głosowanie na McCaina, a takie organizacje jak PUMA (skrót od równie jednoznacznego co niecenzuralnego Party Unity My Ass) czy Democrats for McCain przynajmniej w cyberprzestrzeni podnoszą głowę.
W rzeczywistości więc, wbrew opiniom niektórych entuzjastów, Demokraci nie mają zwycięstwa podanego na tacy. Teraz wiele będzie zależeć od konwencji republikańskiej w Minneapolis oraz od huraganu Gustav. Narodowy kataklizm, ewentualna opieszałość działania administracji Busha oraz republikańskich władz Luizjany, która przypomni traumę Katriny, a także przebieg samej konwencji, która będzie musiała być bardzo ostrożnie wyreżyserowana by uniknąć wpadek, może zdecydować o umocnieniu się Obamy dokładnie tak samo, jak kryzys gruziński dobrze wpłynął na notowania McCaina.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)