Trzeci dzień republikańskiej konwencji w tzw. Bliźniaczych Miastach, jak często nazywa się aglomerację Minneapolis-Saint Paul, można podzielić na dwie zasadnicze części. Pierwsza należała do konkurentów Johna McCaina z tegorocznych prawyborów. Zaproszono zarówno wielkiego przegranego tej batalii, jak i dwóch polityków, którzy mimo braku ostatecznego sukcesu, mogą być z siebie zadowoleni, bo przynajmniej przebili się do grona najbardziej rozpoznawalnych postaci swego obozu. Część drugą stanowił tradycyjny wieczór wiceprezydencki, który miał dać odpowiedź na pytanie: czy rzeczywiście Sarah Palin jest dobrą odpowiedzią na Baracka Obamę?
Mike Huckabee zostanie z tej kampanii zapamiętany chyba przede wszystkim z serii spotów, w których pojawiał się u boku Chucka Norrisa, prowadząc z mistrzem kopniaków z półobrotu rozmowy na zaskakująco poważne tematy, jak chociażby religia czy Ojczyzna.
W swoim przemówieniu w St. Paul dał się poznać przede wszystkim jako obrońca ideologii, którą w różnych krajach różnie się nazywa, ale jej zasadnicza myśl jest prosta: państwo nie jest od pomagania swoim obywatelom na każdym możliwym kroku. Odwołując się do europejskich wojaży Obamy, Huckabee stwierdził, że najwyraźniej kandydat Demokratów przywiózł ze sobą europejskie (w domyśle socjaldemokratyczne) idee, których większość Amerykanów nie chce. Była w tym pewna niekonsenkwencja, bo zaraz potem wspominał, jaką estymą w jego rodzinnym miasteczku w Arkansas cieszył się demokratyczny prezydent F.D. Roosevelt, który jak chyba żaden inny amerykański przywódca rozpostarł nad społeczeństwem parasol państwa opiekuńczego lub przynajmiej interweniującego. Huckabee oddał cześć Obamie jako pierwszemu czarnemu nominatowi jednej z głównych partii w historii, jednak zaraz dodał, że podczas wyborów to nie sfera symboliczna jest najważniejsza. Wbił szpilę demokratycznemu nominatowi wiceprezydenckiemu, mówiąc, że Joe Biden kandydując na prezydenta otrzymał mniej głosów niż Sarah Palin podczas wyborów burmistrza jej rodzinnej miejscowości na Alasce.
Następny w kolejce był Rudy Giuliani. Tegoroczna kampania jest niezwykła o tyle, że po obu stronach barykady stoją osoby, które jeszcze półtora roku temu były zdecydowanymi faworytami, a dziś są już poza burtą. U Demokratów to oczywiście Hillary Clinton, a w Wielkiej Starej Partii właśnie Giuliani. Tyle, że pani senator walczyła do końca, może nawet aż za długo, a byłego burmistrza Nowego Jorku zgubiła bardzo wcześnie jego kiepsko przemyślana strategia prawyborcza.
Już nawet tytuły przemówień wskazywały, że Republikanie chcą się jakby zabawić w dobrego i złego policjanta. Dobrym był Huckabee, który krytykował wprawdzie Demokratów, ale raczej merytorycznie niż personalnie i z pewną dozą szacunku. Giulianiemu przypadła rola tego złego. Postawił Obamie zarzut, że nie umie podejmować decyzji. I podparł to dowodem: gdy zasiadał w parlamencie stanowym Illinois, aż w 130 głosowaniach wstrzymał się od głosu. Prezydent nie ma takiego luksusu: musi decydować. Poza tym nigdy w życiu nie kierował administracją na jakimkolwiek szczeblu.
Ostatnim przemawiającym z grona niedoszłych nominatów był Mitt Romney.
Były gubernator Massachusetts wrócił do tez stawianych przez Huckabee'ego, a niektóre z nich postawił nawet ostrzej. Sprzeciwił się obejmowaniu większej liczby ludzi zasiłkami czy finansowanymi ze środków publicznych ubezpieczeniami zdrowotnymi, jeżeli miałoby to się wiązać (a według niego, takie powiązanie jest nieuniknione) z wyższymi podatkami i rozrostem biurokracji. Ekonomiczna zależność od państwa jest w jego odczuciu trucizną, która zabija własną inicjatywę, skłonność do ryzyka i chęć wykorzystywania nadarzających się okazji. Zgodził się z Obamą, że Ameryka potrzebuje zmiany. Ale Romney rozumie przez to konieczność zmiany liberalnego Waszyngtonu na konserwatywny Waszyngton. Czas na partię wielkich idei, nie partię Wielkiego Brata! - ten cytat dobrze oddaje ducha jego wystąpienia.
Jak już pisaliśmy, Sarah Palin dość niefortunnie rozpoczęła swoją karierę kandydatki na wiceprezydenta, bowiem niemal każdy dzień przynosi kolejne rewelacje na jej temat. Jej obóz musi to ciężko przeżywać, bowiem wszyscy jego przedstawiciele, na czele z samym McCainem, robią w ostatnich dniach coś, co u polityka jest oznaką połączenia takich uczuć jak złość, niemoc i desperacja. Mianowicie Republikanie zaczęli ostro krytykować media i wygłaszać coraz bardziej płomienne tyrady przeciw zmowie kontrolujących je elit.
W środowy wieczór gubernator Alaski miała wreszcie swoje, nieskrępowane przez żadne wrogie zaczepki, pięć minut. No dobrze, czterdzieści pięć minut.
Jeśli ktoś chciałby porównywać Sarę Palin z jej demokratycznym odpowiednikiem, to tak naprawdę nie ma to żadnego sensu. Mówiąc językiem marketingu politycznego, to są dwa skrajnie różne produkty. Joe Biden zrobił w Denver wrażenie sympatycznego, żwawego jeszcze starszego pana, który zjadł zęby na senackich debatach. Jak na amerykańskie realia, znakomicie rozumie świat zewnętrzny, ale z drugiej strony można mieć wątpliwości, czy jego zapewnienia o świetnej orientacji w sytuacji klasy średniej we własnym kraju, nie mijają się trochę z prawdą. Sarah Palin to właściwie jego przeciwieństwo. Ma zaledwie 44 lata. Chociaż widać po niej staranne przygotowania do występu, potrafi zachować na mównicy ogromną naturalność. Słuchając jej opowieści o piątce dzieci, przez chwilę można poczuć się jak na ploteczkach przy kawie. Kiedy mówi o swoim życiu na prowincji, o tym jak poświęciła wiele dla rodziny, o mężu poznanym w liceum, o maleńkim dziecku ze zdiagnozowanym jeszcze przed porodem zespołem Downa, łatwo wyobrazić sobie miliony Amerykanek z prowincji stwierdzających: Ona jest taka jak ja!.
Nie ma złudzeń - ta kandydatka nie wzbudzi wielkiego entuzjazmu w Europie. Po tej stronie oceanu zapewne dużo mocniej zauważona zostanie jej druga twarz, którą również pokazała w tym przemówieniu. Twarz twardego polityka, który zupełnie bezpardonowo atakuje obóz przeciwny, często stosując sarkazm i ironię. Twarz populistki, mówiącej coś o bliżej niezidentyfikowanych sukcesach naszych dzielnych kobiet i mężczyzn w mundurach w Iraku. Wreszcie twarz, przez którą przebija coś, co najbardziej zniechęciło Stary Kontynent do prezydenta Busha - spojrzenie na świat, które można nazwać kowbojskim. Gdy terroryści wciąż knują nowe ataki na naszej ziemi, my mamy słuchać narzekań, że nie odczytano im przysługujących im praw? - Palin wykpiwa obiekcje wobec łamiącego podstawowe zasady prawa międzynarodowego traktowania setek ludzi zatrzymanych w Afganistanie i innych krajach.
I wtedy warto przypomnieć sobie o największym możliwym banale - w tych wyborach decydują wyłącznie Amerykanie, a ich priorytety i wartości są zupełnie inne. W dodatku stosowana ordynacja wyborcza umożliwia małym, konserwatywnym stanom przegłosowanie wielkich metropolii o liberalnych zapatrywaniach. Mówiąc inaczej, ten system wyborczy stawia mieszkańców prowincji na uprzywilejowanej pozycji. To oni mogą zdecydować o wyniku tego starcia i to właśnie oni są grupą docelową Sary Palin. Naturalnie w tych samych ludzi celuje w jakimś stopniu Barack Obama, cieszący się o niebo lepszymi notowaniami wśród bardzo aktywnej w tej kampanii młodzieży. Czy okaże się równie wiarygodny? Kto będzie lepszy w sztuce wzajmnego obrzucania się błotem? To wszystko jeszcze przed nami i to zapowiada ostrą i zaciętą do samego końca walkę. A póki co, jutro (polskiego czasu) finał konwencji w St. Paul i oczywiście John McCain w roli głównej.
- Saint Paul: dzień drugi
- Saint Paul: dzień pierwszy
- Wielcy przegrani (I) - Rudy Giuliani
- Mitt Romney - konserwatywny ekolog z głową do interesów


Komentarze
Pokaż komentarze (9)