W piątek wczesnym rankiem polskiego czasu w St. Paul zakończyła się Republikańska Konwencja Narodowa. Choć ze względu na huragan Gustav jej początki były trudne i mało efektowne, z dnia na dzień rozkręcała się coraz bardziej. W przeciwieństwie do Demokratów, Republikanie przeprowadzili ostatni dzień swojego zgromadzenia w sposób zgodny z przyjętym od lat schematem. Po pierwsze, pozostali w tej samej hali, gdzie obradowali przez trzy poprzednie popołudnia i wieczory. Po drugie, ich nominat postanowił trzymać się reguł politycznej dramaturgii i pokazał się delegatom dopiero na sam koniec całej imprezy.
Nim do tego doszło, wystąpiły jeszcze dwie bliskie mu osoby. Pierwszą był Tom Ridge. Nie jest to być może polityk szeroko znany w Europie, dlatego warto przypomnieć, iż był on pierwszym szefem Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, nowego resortu utworzonego przez administrację Busha w ramach pakietu działań mających zapobiec powtórce z 11 września 2001 roku. Innymi słowy - główną twarzą wojny z terroryzmem na froncie krajowym. Jako jeden z pierwszych prominentnych Republikanów publicznie poparł starania Johna McCaina o prezydenturę i mocno zaangażował się w jego kampanię. Niektórzy spekulowali wręcz (jak się okazało błędnie), że może go za to spotkać nagroda w postaci nominacji wiceprezydenckiej.
A później scenę całkowicie opanowali McCainowie. Najpierw wkroczyła na nią Cindy McCain i przedstawiła swoich siedmioro dzieci.
Wreszcie nadeszło danie główne: John McCain, oficjalny już kandydat Partii Republikańskiej na 44. prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki.
W porównaniu do swego rywala, McCain nieco więcej mówił o wyznawanych wartościach, a mniej o konkretnych zamierzeniach. Mimo to wyraźnie zarysował swoje najważniejsze plany jako prezydenta. W polityce gospodarczej zapowiedział utrzymanie dotychczasowego poziomu podatków, a nawet obniżenie ich, tam gdzie to możliwe. Szczególnie mocno opowiedział się za koniecznością zmniejszenia podatku dochodowego dla firm, który według McCaina ma w USA drugą najwyższą stawkę na świecie. W ślad za tym ma podążać obniżanie wydatków sfery publicznej.
McCain zgodził się z Demokratami, że rozwiązania wymaga problem robotników tracących miejsca pracy wskutek ich przenoszenia zagranicę i szerzej kwestia modelu wspierania osób bezrobotnych. Uznał jednak, że protekcjonistyczne propozycje Baracka Obamy nie dadzą żadnych dobrych rezultatów, ponieważ na dłuższą metę z globalizacją nie da się walczyć. Zamiast więc desperacko zabiegać o utrzymanie istniejących miejsc pracy, należy wspierać tworzenie nowych. Oprócz niższych podatków dla firm, ma temu służyć zapewnienie dostępu amerykańskich produktów do nowych rynków. Republikański kandydat zapowiedział też stworzenie swego rodzaju zasiłków wyrównaczych, mających pomóc zapełnić dziurę w domowym budżecie na wypadek, gdyby nowa praca zwalnianej osoby miałaby być gorzej opłacana od tej poprzedniej.
Inną ważną dziedziną jego polityki społecznej ma być edukacja. McCain stawia na zwiększenie konkurencyjności w szkolnictwie, co ma doprowadzić do podniesienia jego poziomu. Jego zdaniem należy przyciągnąć do zawodu nauczyciela wielu nowych, utalentowanych ludzi, zaś najsłabszym spośród obecnych pedagogów pomóc znaleźć inne zajęcie. W polityce energetycznej stawia na maksymalną dywersyfikację. Nie odżegnuje się od mocno promowanych przez Demokratów alternatywnych źródeł energii, ale zamierza inwestować również w technologie znane od dziesiątek czy nawet setek lat, przede wszystkim w przetwórstwo węgla i ropy naftowej oraz energetykę atomową.
Krótka, ale dość zaskakująca, była część wystąpienia dotycząca polityki zagranicznej. Umieszczenie al-Kaidy na pierwszym miejscu listy zagrożeń było oczywiste. Ale co ciekawe, zaraz za nią nie znalazł się wcale Iran czy Korea Północna. Znalazła się tam Rosja, którą McCain bardzo ostro potępił za inwazję na Gruzję. Oskarżył Kreml o próbę zastraszania sąsiadów, odbudowy swego imperium i powiększenia swej kontroli nad światowymi zasobami ropy. Nazwał Gruzinów dzielnymi ludźmi, którzy potrzebują od Ameryki modlitwy i solidarności. Powiedział, że jako prezydent zamierza budować dobre stosunki z Rosją, ale nie będzie przymykał oczu na bezprawie i agresję zagrażającą bezpieczeństwu i stabilności świata i Ameryki.
Podsumowując, McCain zaprezentował się bardzo poprawnie. I tylko tyle. Problem w tym, że jego przemówienie podoba się znacznie bardziej, kiedy czyta się jego tekst, niż gdy widzi się je wygłaszane przez samego kandydata. Starał się pokazać jako ciepły facet o bezgranicznej miłości do kraju. To mu się pewnie udało, ale w porównaniu z Barackiem Obamą zabrakło mu trochę charyzmy, żywiołowości, być może też talentu scenicznego.
Trudno nie zgodzić się z wieloma komentatorami, że McCain nie zdołał przeskoczyć poprzeczki, którą poprzedniego dnia bardzo wysoko zawiesiła mu jego własna running mate. Przemówienie Sary Palin wybijało się na tle pejzażu obu konwencji. Było zdecydowanie najlepsze w St. Paul, w Denver konkurencją dla niej mógł być chyba tylko wciąż znakomity Bill Clinton. Być może część Republikanów zaczyna pluć sobie w brodę, że w czasie prawyborów Palin była w zaawansowanej ciąży (urodziła w kwietniu). Kto wie, czy dla partii nie byłoby lepiej, gdyby to ona była numerem 1. Jeśli ten tandem wygra i zdoła utrzymać względną popularność przez cały okres urzędowania, to za 4 lub najdalej 8 lat Palin może być bardzo poważną kandydatką do roli pierwszej prezydentki Stanów Zjednoczonych.
Jarosław Błaszczak
Podobne:


Komentarze
Pokaż komentarze (14)