Wydawać się mogło, że wielki fajerwerk, jakim miała być konwencja Demokratów, i huragan Gustav zepchnie narodowy zjazd Republikanów w cień. Tak się jednak nie stało. Huraganowi wystarczyło jedynie siły na to, by spustoszyć Kubę, przyprawiając zmartwienia Raulowi Castro, a konwencja republikańska nieoczekiwanie przyciągnęła przed telewizory więcej osób niż show Obamy i przyjaciół. O tym, jakie wrażenie zrobiło na wyborcach przedstawienie w Xcel Energy Center, świadczą opublikowane właśnie sondaże.
Według CNN i Diageo/Hotline żaden z kandydatów nie ma przewagi. Badanie przygotowane przez Rasmussena daje McCainowi prowadzenie 1 punktem procentowym. Gallup podaje, że przewaga kandydata Republikanów sięga już 5%, a sondaż przygotowany przez to biuro dla USA Today i uwzględniający tylko wyborców którzy z pewnością zagłosują pokazuje, że McCain prowadzi z fantastyczną przewagą 10%. Oczywiście sondaże to nie wszystko i od nich ważniejsze jest, co o kandydatach sądzą wyborcy w Ohio czy Pensylwanii, ale te wyniki na pewno Republikanom nie przeszkadzają.

Wybór miejsca konwencji, podobnie jak u Obamy, nie był przypadkowy – Minnesota to, nie licząc Dystryktu Kolumbia, najdłużej trzymająca się twierdza Demokratów. Ostatnim republikańskim kandydatem, który tam wygrał, był Richard Nixon w 1972 roku. Nawet Ronald Reagan w 1984 roku, kiedy rzucił Waltera Mondale’a na kolana wygrywając w 49 stanach, w tym jednym musiał uznać jego wyższość. Mimo tych tradycji Minnesota, łącznie z sąsiadującymi Iową i Wisconsin jest obecnie podzielona politycznie: Demokraci okopali się w miastach natomiast Republikanie zdobywają poparcie w obszarach wiejskich. Stąd są one postrzegane jako zdobycz, o którą warto powalczyć – w sumie mają 27 głosów w kolegium elektorskim, tyle co Floryda. Na razie w lokalnych sondażach dosyć wyraźnie prowadzi tam Obama, należy jednak nadmienić, że zostały one przeprowadzone jeszcze przed konwencją.
Gustav wyświadczył McCainowi jedną przysługę: wywiał z konwencji Busha i Cheneya. Poparcie ze strony odchodzącego prezydenta (który łączył się z St. Paul przez satelitę, ale zdecydowanie to nie to samo), choć obowiązkowe, jest senatorowi z Arizony potrzebne jak rybie rower. McCain unika odwołań do wystawiającej go partii jak ognia i, gdyby mógł, wyrzuciłby nawet słowo Republikańska z nazwy konwencji. Bez dumnego prezentowania się administracji odpowiedzialnej za wojnę w Iraku i obecny stan amerykańskiej gospodarki było mu bez wątpienia łatwiej, co nie znaczy, że konwencja zatarła w głowach wyborców oczywiste fakty. Teraz do dnia wyborów McCain będzie musiał uporać się z zadaniem prawie niemożliwym: przekonać elektorat, że mimo członkostwa w Partii Republikańskiej i zdobycia jej nominacji tak naprawdę Republikaninem nie jest. Niemożliwe? Może i tak, ale pamiętajmy o wizerunku mavericka, który czeka na odkurzenie. W ogniu politycznej walki przypomnienie historii dobrej współpracy McCaina z Demokratami może mu tylko pomóc.
Karibu - renifer północnoamerykański
Podczas gdy McCain będzie się odcinał od GOP, by zadbać o centrowy elektorat, zaspokajaniem potrzeb konserwatywnych wyborców zajmie się Sarah Palin. Nazywana Caribu Barbie gubernatorka przejęła w ostatnich dniach pałeczkę od Obamy jako największa gwiazda tej kampanii. Jej największą siłą jest to, że w odróżnieniu od reszty stawki najbardziej przypomina przeciętną Amerykankę. Obama jest prawnikiem po Harvardzie, McCain – bohaterem z Wietnamu, Biden – mózgowcem od polityki zagranicznej zasiadającym w Senacie odkąd pamięć ludzka sięga. Przeciętny wyborca ma problem z utożsamieniem się z którąś z tych postaci. Palin natomiast, z najstarszym synem wyjeżdżającym na służbę do Iraku i ciążą nastoletniej córki, może być postrzegana przez miliony jako ktoś, kto ma dokładnie takie same problemy i ktoś, kto jest jednym z nich. Tylko jeden polityk w ostatnim czasie potrafił tak przemówić do serca zwyklej Ameryki – była nim Hillary Clinton, której dawny elektorat z pewnością przychylnie zareaguje na pojawienie się kolejnej kobiety mówiącej jego językiem.
Błyskawiczna kariera gubernatorki – z burmistrz prowincjonalnego miasteczka do kandydatki na drugi najważniejszy urząd w państwie w ciągu zaledwie paru lat – może być z kolei zaprezentowana jako kolejny przykład American Dream, bardziej autentyczny od tego, co przedstawia sobą Obama. Wreszcie, co by nie mówić, ma już jakieś doświadczenie w rządzeniu – stanem małym, specyficznym (obfitość ropy i gazu sama rozwiązuje wiele problemów), ale jednak. Bije tym Obamę, Bidena i nawet McCaina (który wie, jak dowodzić ludźmi, ale to nie to samo) na głowę. W sumie jej nominacja była dla Republikanów posunięciem bardzo ryzykownym, zważywszy na jej fundamentalistyczne poglądy i nieobycie z wielką polityką, ale religijna prawica i zwolennicy Hillary mogą być tego warci.
Barbie na prezydentkę (model z 2000 roku)
Gdy po obu konwencjach opadł już kurz, następnym dużym wydarzeniem godnym uwagi będą debaty wiceprezydenckie. Ten zazwyczaj ignorowany punkt kampanii może w tym roku okazać się szczególnie atrakcyjny, i to nie z uwagi na wybitny poziom obu kandydatów, ale na ich słabości. Jeżeli Biden, jak to ma w zwyczaju, znowu zapomni się przed kamerami i zacznie wygłaszać niekoniecznie poprawne politycznie komentarze (z powodu których został już koronowany w sieci na godnego następcę George’a W. Busha), a Palin poruszy temat stworzenia świata w sześć dni i zabijania jeleni, to może być naprawdę przedstawienie, jakiego Ameryka jeszcze nie widziała.
Maciej Józefowicz
Podobne:
- Demokratyczna mantra w republikańskich ustach
- Saint Paul: dzień czwarty
- Saint Paul: dzień trzeci
- Saint Paul: dzień drugi
- Saint Paul: dzień pierwszy


Komentarze
Pokaż komentarze (5)