Zdaniem wielu brytyjskich komentatorów politycznych, zwycięzcą pierwszej debaty prezydenckiej został John McCain. Najważniejszą część tejże debaty – dyskusję na temat amerykańskiej polityki zagranicznej – kandydat Republikanów rozstrzygnął zdecydowanie na swoją korzyść, pomimo paru momentów, w których Obama zagroził wizerunkowi swego przeciwnika.
McCain wykazał się dużo lepszą znajomością współczesnej sytuacji międzynarodowej – był zdecydowanie bardziej przekonujący podczas fragmentów dyskusji dotyczących Iranu, Rosji i niedawnych wydarzeń w Osetii Południowej. Jedynym punktem, w którym zarysowała się zdecydowana przewaga Obamy, była wymiana zdań na temat wojny w Iraku. Jak słusznie zauważył kandydat Demokratów, wojna ta rozpoczęła się w roku 2003 (a nie w 2007 – do którego wciąż odwołuje się McCain), a większość ówczesnych twierdzeń Republikanów (w tym McCaina) okazała się nieprawdziwa.
Niewielką przewagę Obama osiągnął także w pierwszej – nieplanowanej – części dyskusji, dotyczącej najbardziej palącego tematu ostatnich dni – pogłębiającego się kryzysu finansowego i sposobów wyjścia z tego kryzysu. Senator z Chicago – jak można było się domyślać – usilnie starał się powiązać osobę McCaina z katastroficzną sytuacją gospodarczą, za którą – rzecz jasna – odpowiedzialni są, jego zdaniem: Bush i Republikanie. Ten fragment debaty przedłużył się do około pół godziny, lecz nie wniósł – w opinii obserwatorów – nic nowego ani do dyskusji nad obecną sytuacją ekonomiczną, ani do wizerunku obu kandydatów oraz ich potencjalnych decyzji politycznych i gospodarczych w przypadku wygrania wyborów.
Większa część komentatorów z Wysp zgadza się co do tego, iż medialny wizerunek Obamy – zdecydowanie zmieniony na potrzeby debaty – pozostawił na odbiorcach lepsze wrażenie niż postawa McCaina. Ciemnoskóry senator zwracał się bezpośrednio do swego rozmówcy, patrzał ze spokojem i pewnością siebie w kierunku McCaina lub prosto w obiektyw kamery, a na pytania odpowiadał zwięźle, krótko i prostymi zdaniami. Republikanin natomiast reprezentował sobą, jak zaobserwował korespondent Guardiana, polityka starej szkoły, niezbyt obytego z telewizyjnymi przedstawieniami, tradycjonalisty. Postawa taka mogła być celowo zasugerowana McCainowi przez jego doradców – tak, aby jeszcze bardziej podkreślić kontrast pomiędzy jego doświadczeniem, a naiwną młodzieńczością Obamy. Tak więc dla konserwatywnych wyborców amerykańskich, przedkładających tradycyjne wartości i postawy ponad konieczność dostosowania się do wymogów współczesnego świata medialnych fajerwerków, wizerunek McCaina był z pewnością kolejnym krokiem ku zwycięstwu – w debacie i – konsekwentnie – w całych wyborach.
Tak prostemu scenariuszowi przeciwstawia się jednak cytowany już przeze mnie Richard Adams z brytyjskiego Guardiana, który twierdzi, iż wyniki debat prezydenckich w Stanach Zjednoczonych nie mają rzeczywistego wpływu na wyniki wyborów, a ponadto jeżeli wyborcy mieliby sugerować się tym, kto lepiej wypadł w bezpośrednich dyskusjach – nominację Partii Demokratycznej powinna otrzymać Hillary Clinton, a nie Barack Obama.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)