To nie był nokaut. To była walka na punkty w której werdykt o zwycięstwie zależał od sędziów, nie od umiejętności zawodników. Za dwa tygodnie pewnie nikt o niej nie będzie pamiętał, ale póki co można powiedziej, że po niej bliżej do Białego Domu jest Barack Obama. Z uwagi na wyrównany poziom – McCain okazał się zaskakująco obeznany w gospodarce, za to Obama w sprawach międzynarodowych – debata nie poprawiła ani nie pogorszyła pozycji żadnego z kandydatów. Remis działa jednak na korzyść Demokraty, który na skutek załamania na Wall Street już wcześniej ponownie wysunął się na prowadzenie. Jeśli sztab Republikanów liczył na odwrócenie niekorzystnej tendencji w sondażach, McCain musiał być w dyskusji stroną atakującą i literalnie zmieść swojego oponenta z powierzchni ziemi. A tak się nie stało.
Obaj kandydaci uciekli się do dobrze znanych i wielokrotnie stosowanych chwytów, mających utrwalić eksponowane motywy ich kampanii. McCain pielęgnował swój wizerunek polityka przekraczającego partyjne podziały – życząc senatorowi Kennedy’emu powrotu do zdrowia, czy wspominając o współpracy z Joe Liebermanem i innymi Demokratami poświęcił więcej czasu opozycji niż politykom z własnej partii. Obama nie mógł powstrzymać się przed porównywaniem rywala z George’em Bushem, wielokrotnie powtarzając, że prezydentura McCaina byłaby przedłużeniem rządów obecnej administracji. Czy któryś z kandydatów zyskał przez to nowych wyborców? Chyba nie, ale taka sytuacja bardziej premiuje Obamę, który utrzymał swoją wcześniejszą przewagę wśród independents. To McCain musiał walczyć o pozyskanie elektoratu, co mu się jednak raczej nie udało.
Na korzyść Obamy przemawiała też różnica stylu między kandydatami. Senator z Illinois zwracał się bezpośrednio do widowni przed telewizorami, gestykulował i zwracał się do rywala po przyjacielsku per John. Tymczasem McCain wpatrywał się wyłącznie w prowadzącego debatę, przerywał konkurentowi, wreszcie mówił o nim w trzeciej osobie senator Obama. Wyglądało to, jakby kandydat Republikanów traktował swojego oponenta protekcjonalnie, z wyższością, wręcz lekceważąco. W porównaniu z bezpośrednim podejściem Obamy, który nie wysyłał w kierunku McCaina żadnych negatywnych fluidów, taki sposób prowadzenia dyskusji nie wystawił najlepszego świadectwa senatorowi z Arizony.
Debata uwidoczniła to, o czym w sumie wspominali eksperci, ale co jakoś nie przebiło się do opinii zagranicznej – jeśli Obama wygra, to w polityce zagranicznej, wbrew oczekiwaniom liberałów i znacznej części Europy, wcale nie będzie aniołkiem. Świadczą o tym wzmianki o schwytaniu i zabiciu bin Ladena, bombardowaniach Pakistanu (tu trochę przeholował, co słusznie mu wytknął McCain – takie rzeczy się robi ale się o nich nie mówi) czy poparciu dla tarczy antyrakietowej. Oczywiście, na potrzeby kampanii mówi się wiele rzeczy, ale nie powinniśmy być zdziwieni jeśli za kadencji Obamy wojska amerykańskie staną w Teheranie lub zaczną zrzucać bomby na upadłe państwa w Afryce. Tym bardziej, że prezydenckie zaplecze intelektualne w dziedzinie polityki zagranicznej zawrze się w osobie Joe Bidena, który, co pokazała jego kariera senacka w czasach Clintona, pacyfistą bynajmniej nie jest.
Wspominałem o tym kiedyś i przypomnę jeszcze raz: polityka zagraniczna Ameryki nie zależy od poglądów takiego czy innego prezydenta. Jest funkcją pozycji, jaką USA mają na arenie międzynarodowej oraz czynników zewnętrznych w rodzaju wzrostu potęgi Rosji bądź Chin, sytuacji na rynkach światowych, intensywności zagrożeń ze strony terrorystów czy broni masowego arażenia i niezliczonej ilości innych rzeczy. A to są sprawy, w których Obama czy McCain naprawdę nie mają wiele do gadania.
Na zakończenie refleksja na temat sposobu prowadzenia dyskusji. Moderator (Jim Lehrer z PBS) raczej nie przeszkadzał, pozwalając kandydatom się wygadać. Wielu komentatorów czyniło z tego zarzut, ale moim zdaniem dobrze się stało, że Lehrer usiłował się nie wtrącać, dając przez to gwiazdom wieczoru szansę na rozwinięcie skrzydeł. Publiczność również zachowała odpowiedni dystans, ograniczając się do oklasków na początku i na końcu. W porównaniu z tym, co dzieje się na naszym politycznym poletku, to naprawdę niebo a ziemia – w pamięci mam na przykład zachowanie proplatformerskiej publiczności w czasie debaty Kaczyński-Tusk w zeszłym roku, która ówczesnego premiera po prostu wybuczała. Do osiągnięcia standardyów amerykańskich jeszcze daleka droga.
Podobne:
- Prasa brytyjska o debacie: 1:0 dla McCaina
- McCain to Bush - analiza reklamówki wyborczej Obamy
- Reklamówka wyborcza McCaina - Demokraci wychwalający McCaina
- Joe Biden wiceprezydentem Baracka Obamy
- Joe Biden: 1% popularności
- Świat według Baracka Obamy - część I, część II
- Świat według Johna McCaina - część I, część II


Komentarze
Pokaż komentarze (1)