Latynosi cenią ciężką pracę i wartości rodzinne. Z uwagi na ich głęboki katolicyzm i ogólnie znany stosunek Watykanu do takich spraw jak przerywanie ciąży, Latynosi są naturalnie usytuowani bliżej konserwatywnego niż liberalnego spektrum amerykańskiej opinii publicznej. Nie przepadają za czarnymi (i vice versa). W związku z tym są naturalnym elektoratem Republikanów.
Tyle teoria, bo w praktyce dwie trzecie wyborców latynoskiego pochodzenia zamierza głosować na Baracka Obamę. Dlaczego? Prawdopodobnie dużą rolę odgrywa fakt, że Latinos według sondażu Pew Hispanic Center z końca lipca za najważniejsze motywy kampanii uznają edukację, koszty życia, miejsca pracy i opiekę zdrowotną – a w tych wszystkich kwestiach za bardziej kompetentnego uchodzi (co oczywiście nie znaczy, że nim jest) kandydat Demokratów. Także poglądy amerykańskiej prawicy w kwestii imigracji, przekładane w praktyce na milicje obywatelskie, patrolujące ogrodzenie przy granicy z Meksykiem, zdecydowanie nie są im po drodze.
Oczywiście, jak każda grupa, Latynosi nie są w swoich poglądach zupełnie homogeniczni. Diaspora kubańska na Florydzie, z natury rzeczy wrogo usposobiona do rządów braci Castro w ojczyźnie, jest bardziej skłonna głosować na kojarzonych z twardszą polityką zagraniczną Republikanów. Podobnie ci służący obecnie bądź w przeszłości w armii prawdopodobnie jak reszta mundurowego elektoratu wybiorą Johna McCaina. Dlatego, z uwagi na jej heterogeniczność i liczebność, pozyskanie tej grupy wyborców jest dążeniem sztabów z obu stron. Choć nie jest to chęć szczególnie okazywana – na obu konwencjach (demokratycznej i republikańskiej) wzmianki o tej bądź co bądź drugiej pod względem liczebności grupie etnicznej w Stanach były minimalne.
Dla Obamy pozyskanie głosów Latynosów nie będzie w tej kampanii najważniejszym zadaniem – nic nie wskazuje na to, by miał już pozyskanych zwolenników w tej grupie łatwo utracić. Ale dwie trzecie głosów to wciąż za mało. Jak wskazuje jeden z superdelegatów, Steven Ybarra z Sacramento (znany z tego, że w czasach, gdy wyścig między Obamą i Clinton nie był jeszcze rozstrzygnięty, zapowiedział, że odda głos na tego kandydata, który zaoferuje 20 mln dolarów na akcję edukacyjną wśród latynoskich wyborców w Kalifornii) żeby być pewnym zwycięstwa Obama będzie musiał przekonać do siebie co najmniej 70% hiszpańskojęzycznego elektoratu.
Rzeczywiście, McCain może liczyć na to, że wyborcy będą pamiętali jego przeszłość partyjną, w której często nie zgadzał się z dominującą linią partii w kwestii migracji. Ale choćby nawet bardzo tego nie chciał, kandydat republikański zawsze będzie reprezentował Republikanów i całe zło, jakie jest z nimi wiązane. Rzeczniczka McCaina odpowiedzialna za kontakty z Latynosami, Hessy Fernandez, niedawno stwierdziła, że celem kampanii jest zdobycie 45% ich głosów. Może to się jednak okazać życzeniowym myśleniem.
W swing states z dużą koncentracją Latynosów – Colorado, Nevadzie, Nowym Meksyku i na Florydzie – Obama prowadzi w tej grupie z dużą przewagą, tylko na Florydzie wyścig jest wyrównany. Ostatnią deską ratunku Republikanów może w tej kampanii być Sarah Palin, której matczyny image może przemówić do ceniących rodzinę i domowe ognisko latynoskich kobiet. Ale z drugiej strony mogą one również stwierdzić, że takie angażowanie się w politykę stanowi niedopuszczalne zaniedbywanie domowych obowiązków i wstrzymać się z oddaniem na nią głosu.
Podobne:
- Polityka w rytmach latino - część I, część II
- Reklamówka wyborcza Johna McCaina - God's Children
- John McCain - ostatnia nadzieja Republikanów - część I, część II, część III
- Barack Obama - demokratyczny sen na jawie - część I, część II
- Sarah Palin - debiut w atmosferze skandalu


Komentarze
Pokaż komentarze (2)