Amerykański kryzys ekonomiczny w coraz większym stopniu kładzie się cieniem na kampanii prezydenckiej w USA. W jakim stopniu wpłynie on na wynik wyborów? Jakimi przesłankami będą kierowali się wyborcy czwartego listopada? - Między innymi te pytania skierowaliśmy do profesora polityki publicznej z George Mason University w Wirginii - Marka Rozella.Profesor specjalizuje się w badaniach nad władzą ustawodawczą i prezydenturą oraz na związkach między religią a polityką oraz mediami a polityką. Wśród jego publikacji znajdują się "Executive Privilege" (2002r.) oraz "Power and Prudence: The Incremental Presidency of George H.W. Bush" (2003r.)
MACIEJ JÓZEFOWICZ: Jaki jest według Pana wpływ niedawnych wydarzeń na świecie na kampanię wyborczą? Chodzi mi szczególnie o kryzys na Kaukazie i słowa McCaina Teraz wszyscy jesteśmy Gruzinami? Czy w porównaniu z sytuacją przed wojną o Osetię polityka zagraniczna odegra większą rolę jako czynnik decydujący o zwycięstwie?
MARK ROZELL: Myślę, że wydarzenia w Gruzji uwypuklają znaczenie, jakie osoba prezydenta odgrywa w polityce zagranicznej i fakt, że kryzys nastąpił w trakcie sezonu wyborczego, przypuszczalnie skłonił wielu Amerykanów do poświęcenia większej uwagi roli prezydenta Stanów Zjednoczonych na świecie. Powinienem jednak również wspomnieć, że generalnie Amerykanie – zresztą myślę, że to samo tyczy się ludzi z innych krajów – przykładają zdecydowanie większą rolę do polityki krajowej. Badania wykazały, że rzeczą, która najsilniej wpływa na postrzeganie przez wyborców partii politycznych i kandydatów jest stan własnej gospodarki. Choć Gruzja wyciągnęła na światło dzienne wagę polityki zagranicznej i rolę prezydenta jako światowego przywódcy, to myślę jednak, że większość Amerykanów podejmie decyzję, na kogo głosować, uwzględniając głównie czynniki wewnętrzne.
Głównie gospodarkę?
Bardziej niż cokolwiek innego. Zwykle, jeśli gospodarka nie radzi sobie dobrze, Amerykanie odgrywają się za to na partii, która w tym momencie kontroluje Biały Dom. Niezależnie od tego, czy jest to słuszne, czy nie, wyborcy uznają, że to ugrupowanie ponosi odpowiedzialność za stan gospodarki. W związku z tym ten rok powinien być naprawdę dobry dla Partii Demokratycznej. Ale, co dla wielu jest zaskoczeniem, wyścig po prezydenturę ciągle jest w miarę wyrównany, nawet jeśli wskaźniki gospodarcze sugerują łatwe zwycięstwo Demokratów.
Myśli Pan więc, że wyborcy w kwestiach gospodarczych są bardziej skłonni uwierzyć Obamie?
Tak uważam. Ponieważ gospodarka znajduje się w tak fatalnym stanie, Amerykanie, zgodnie z sondażami, przeważnie obarczają za to winą politykę administracji Busha i Partii Republikańskiej. Stąd więcej osób zapewne weźmie pod uwagę alternatywne rozwiązania promowane przez Demokratów. Artykułowana przez Baracka Obamę retoryka zmiany oznacza dla wielu po prostu wydobycie Stanów Zjednoczonych z ekonomicznego bagna, w jakim się znalazły.
Czy Obama zaproponował już konkretne rozwiązania?
W tym problem. Kandydaci mogą w trakcie kampanii mówić, co chcieliby zmienić albo składać obietnice, co chcieliby osiągnąć w gospodarce, ale w rzeczywistości amerykańską ekonomią rządzi wolny rynek, gdzie decyzje milionów konsumentów mają większe znaczenie niż działania rządu. Myślę, że występuje tutaj poważna rozbieżność – Amerykanie spodziewają się, że rząd sprawuje w pewnym stopniu kontrolę nad ekonomią i jest odpowiedzialny za kierunek jej rozwoju, podczas gdy jest to po prostu nieprawda. Siły rynku i decyzje zwykłych ludzi mają większy wpływ na gospodarkę niż cokolwiek innego.
W takim razie, wbrew przekonaniu wielu, nawet Obama nie może uratować gospodarki?
Nie, Obama nie może uratować gospodarki. Uważam, że ludzie powinni zachować ostrożność, jeśli chodzi o ich oczekiwania względem kandydatów. Jak powtarzałem w trakcie tej kampanii, Obama jest przedmiotem bardzo wygórowanych wyobrażeń dotyczących tego, co, jeśli zostanie wybrany, zrobi na arenie międzynarodowej lub w sferze gospodarczej. W rzeczywistości natomiast sprawowanie władzy w 2009 r. będzie naprawdę ciężkie. Oprócz bardzo trudnych zagadnień w polityce zagranicznej, z którymi następny prezydent będzie musiał się uporać, amerykańska gospodarka zdecydowanie nie radzi sobie dobrze. Jeden człowiek, mimo potęgi swojego urzędu, nie może w jednej chwili rozwiązać tych wszystkich problemów.
Czy to oznacza, że przyszłemu prezydentowi trudno będzie utrzymać poparcie?
Dokładnie o to chodzi. Wielu badaczy urzędu prezydenckiego uważa, że prezydent powinien maksymalnie wykorzystać coś, co nazywamy miesiącem miodowym. Jak w małżeństwie, pierwsze miesiące prezydentury są czasem, w którym wszyscy są ze sobą szczęśliwi, a punkty sporne jeszcze nie zdążyły się ujawnić. Jest to dla prezydenta sposobnością, żeby spróbować skorzystać ze swojej władzy i wprowadzić w życie własne zamierzenia, ponieważ ani Kongres, ani opinia publiczna nie będą stawiać wielkiego oporu. Ale z czasem decyzje podejmowane przez prezydenta będą nieuchronnie alienować pewne grupy społeczeństwa. W związku z tym będzie on stopniowo tracił poparcie, niezależnie od tego, czy będzie to Obama czy McCain.
Zapraszamy do przeczytania drugiej części wywiadu, która ukaże się jutro.
Podobne:
- Gospodarka w czasach kryzysu - strategie McCaina i Obamy (część I, część II)
- Peter Fuss: Wielu myśli, że Obama zginie
- Wojny klonów
- Nowe media w starej sprawie
- Biała kobieta kontra czarny mężczyzna: rytualna walka dwóch stereotypów (część I, część II)
- Granice płci, granice rasy - wywiad z Agnieszką Graff (część I, część II)
- Rasa i płeć mają znaczenie
- Polityka zagraniczna USA: wyzwania i zadania (część I, część II)


Komentarze
Pokaż komentarze (4)