Ameryka ma nowego bohatera życia politycznego. Jest nim Joe Wurzelbacher, zwany po prostu Joem hydraulikiem, przeciętny Amerykanin z Ohio, który zamierzał wykupić firmę, w której był zatrudniony. Napotkał przy tym na problem – spółka przynosi zyski przekraczające 250 tysięcy dolarów, czyli granicę od której, jeśli w życie wejdzie program Obamy, pobierany będzie wyższy podatek, co z kolei może się niekorzystnie przełożyć na możliwości jej rozwoju. Gdy postanowił zwierzyć się z tego demokratycznemu kandydatowi na spotkaniu z wyborcami, ten wdał się w pięciominutową tyradę, podczas której stwierdził, że dobrą rzeczą jest rozdzielanie bogactwa. Ten „robinhoodyzm” w wykonaniu faworyta wyścigu został zauważony przez media, a także przez sztab McCaina, który w końcu zauważył dobrą okazję do zaatakowania rywala. Sam Wurzelbacher przyznał się, że jest fanem Republikanów, ale nie powiedział jasno, na kogo zamierza głosować.
Obama, podobnie jak w poprzednich debatach, nie błyszczał. Wypowiadał się poprawnie, uniknął gaf i niezręczności, ale nie był to ten demagog, którego znamy z wieców. Ale w sumie kandydat Demokratów chyba był zmuszony do wyhamowania kampanii, nie chcąc narazić się na ryzyko powtórzenia losu Jessego Jacksona. Ten czarnoskóry bojownik o prawa społeczne dwukrotnie w latach osiemdziesiątych starał się o prezydencką nominację z ramienia Partii Demokratycznej, ale jego radykalizm, choć dla niektórych atrakcyjny, ostatecznie okazał się nie do przełknięcia dla przeciętnego wyborcy. Teraz kolejny kandydat o ciemnej skórze zdaje sobie sprawę z tego, że społeczeństwo generalnie nie kocha wyrazistych czarnych aktywistów, dlatego jego wizerunek w kluczowym momencie kampanii został stonowany. Obama nie ma zachwycać – ma tylko przekonać Amerykanów, że nie jest oszołomem i można mu bez obawy powierzyć kierowanie państwem. I, patrząc na sondaże, ta taktyka działa.
Czy coś może odwrócić obecny trend, dający Obamie zwycięstwo dosłownie na wyciągnięcie ręki? W rachubę wchodzą dwie ewentualności. Pierwsza to kryzys międzynarodowy na szeroką skalę, podobny do gruzińskiego lub inne wydarzenie zagrażające bezpieczeństwu Amerykanów (np. atak terrorystyczny), podczas którego McCain mógłby brylować w roli przyszłego naczelnego wodza. Druga to jakiś wielki skandal związany z osobą kandydata Demokratów. Problem w tym, że gdyby na Obamę były jakieś kompromitujące dowody, sztab Republikanów dawno by je już zaprezentował. Nie życzę źle McCainowi, ale teraz ma naprawdę pod górkę.
- Gambit McCaina (część I, część II)
- Druga debata prezydencka - bez sensacji
- W cieniu sondaży
- Nie grzebcie McCaina
- Debata wiceprezydencka - momenty
- Debata wiceprezydencka: merytoryczny Biden, sympatyczna Palin
- Nie tylko fakty: odliczanie przed debatą Biden - Palin
- Wicestarcie
- Debata: remis ze wskazaniem na Obamę
- Prasa brytyjska o debacie: 1:0 dla McCaina


Komentarze
Pokaż komentarze (5)