Wszyscy spodziewali się, że wybory prezydenckie w roku 2000 będą szczególne. Nie tylko ze względu na magię symboli – oto Ameryka miała wybrać pierwszego ze swych liderów w nowym millenium. Ustępujący prezydent Bill Clinton był postacią bardzo kontrowersyjną. Czasem wręcz groteskową w swych zapewnieniach, że w młodości palił marihuanę, ale się nie zaciągał, albo że erotyczne zabawy z cygarem, jakie prowadził ze słynną stażystką Monicą Lewinsky, wcale nie były równoznaczne z uprawianiem seksu. W skali makro był jednak bardzo sprawnym przywódcą, który znakomicie odnalazł się w erze polityki uprawianej przede wszystkim w mediach. Przede wszystkim zaś został zapamiętany jako prezydent ery dobrobytu. Znalezienie dla niego godnego następcy z założenia musiało być niezwykle trudne.
Po stronie Demokratów sytuację praktycznie rozstrzygnął sam Clinton. Dobiegający końca kadencji prezydent był wciąż bardzo popularny, więc jego poparcie było na wagę złota. Niespodzianek nie było – Clinton wskazał swego wiceprezydenta Ala Gore’a. Ten były senator z Tennessee sprawował urząd wiceprezydencki w sposób zupełnie inny niż ten, do którego przyzwyczaił nas ostatnio Dick Cheney. Gore pozostawał znacznie bardziej w cieniu, ale za kulisami robił wiele dla rozwoju takich dziedzin jak nowe technologie (zarówno w wymiarze naukowym, jak i gospodarczym) czy ochrona środowiska.
Nikt ze ścisłej partyjnej czołówki nie ośmielił się sprzeciwić woli lidera i cała elita Demokratów jak jeden mąż poparła Gore’a. Wyzwanie rzucił mu tylko Bill Bradley, były senator z New Jersey. W prawyborach Gore bez większych kłopotów dowiódł jednak swej nominacji. Do tandemu zaprosił senatora Joe Liebermana z Connecticut. Był to wielki ukłon pod adresem liberalnego Wschodniego Wybrzeża, a zwłaszcza społeczności żydowskiej – Liebermann stał się pierwszym w historii praktykującym wyznawcą judaizmu, który otrzymał tego rodzaju nominację.
Bardziej zacięty przebieg kampania prawyborcza miała tradycyjnie po stronie partii opozycyjnej. George W. Bush od początku był faworytem, ale nie aż w takim stopniu jak Gore u Demokratów. Ten nawrócony były alkoholik miał dwa podstawowe atuty. Po pierwsze, nazywał się Bush, a to znaczące nazwisko po prawej stronie amerykańskiej sceny politycznej. Po drugie, choć w Europie jego dokonania jako gubernatora Teksasu budziły szczery niesmak (chodziło przede wszystkim o rekordową liczbę egzekucji), w USA był oceniany jako sprawny administrator, który bardzo dobrze zdał egzamin z zarządzania dużym stanem.
Jego głównymi rywalami byli Steve Forbes (tak, ten Forbes), reprezentujący prawicowy beton były podsekretarz edukacji Gary Bauer, popierany przez partyjnych liberałów John McCain i czołowy czarny Republikanin, Alan Keyes. Szybko okazało się, że jeśli ktoś może zagrozić Bushowi, to tylko McCain. Nawet on musiał jednak pożegnać się ze złudzeniami zaraz po lutowym superwtorku.
Bush poprosił Dicka Cheneya, który w administracji jego ojca był sekretarzem obrony, o pokierowanie pracami komisji, która wybierze dla niego wiceprezydenta. W końcu kandydat doszedł jednak do wniosku, że najlepszym running mate będzie sam Cheney. Wywołało to pewne kontrowersje z uwagi na kiepski stan zdrowia byłego sekretarza. Problemem był też konstytucyjny zakaz, aby prezydent i wiceprezydent byli z tego samego stanu. Cheney mieszkał w Teksasie przez poprzednich 10 lat, ale na potrzeby wyborów wrócił – przynajmniej formalnie – do obywatelstwa swego rodzinnego Wyoming.
Finałowa faza kampanii i wszystko co, co nastąpiło po wyborach, w drugiej części tekstu.
- Kampanie sprzed lat: 1996
- Kampanie sprzed lat: 1992
- Kampanie sprzed lat: 1988
- Kampanie sprzed lat: 1984
- Kampanie sprzed lat: 1980 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1976
- Kampanie sprzed lat: 1972 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1968 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1960
- Kampanie sprzed lat: 1952
- Kampanie sprzed lat: 1948 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1932
- Kampanie sprzed lat: 1924
- Kampanie sprzed lat: 1920


Komentarze
Pokaż komentarze