Przebieg finałowej fazy kampanii był w gruncie rzeczy łatwy do przewidzenia. Republikanie wywlekali wszelkie możliwe grzeszki i błędy z ośmiu lat prezydentury Clintona, co w przypadku tak barwnego lidera było rzeczą bardzo prostą. Oprócz maglowania obyczajowych występków odchodzącego przywódcy, wypominano także błędy w jego polityce zagranicznej, na czele z tym najbardziej upokarzającym – interwencją w Somalii w 1993, którą świat zapamiętał z telewizyjnych migawek pokazujących rebeliantów włóczących po ulicach Mogadiszu zmasakrowane zwłoki marines. Gore starał się delikatnie dystansować od niektórych aspektów biografii swojego mentora. Na dowód siły i temperatury swego związku, dzięki którym o zdradzie nikt nawet nie myśli, państwo Gore zaprezentowali na konwencji w Los Angeles jeden z najbardziej namiętnych publicznych pocałunków w historii amerykańskiej polityki. Z drugiej flanki kandydata osłaniał jego running mate Joe Liebierman, znany z religijnej gorliwości i bezkompromisowej postawy moralnej.
Zapraszamy do przeczytania pierwszej części tekstu.
Znalezienie haków na Busha też nie było trudne. Młodość republikańskiego kandydata była wyjątkowo burzliwa i cokolwiek przydługa – z nałogiem alkoholowym zerwał dopiero około czterdziestki. Podczas przemówień słychać było dość niechlujny sposób wysławiania się, do tego jeszcze z akcentem południowca. Największym dramatem dla Busha okazały się jednak wywiady, w których pytano go o sprawy zagraniczne. Do dziś jego kompletna nieznajomość nazwisk wielu czołowych światowych przywódców, jaką wtedy pokazał, jest obiektem kpin i żartów.
Głęboko wierzę w to, że ta kampania prezydencka z USA będzie opisywana w podręcznikach historii jeszcze przez wiele dekad, a może i dłużej. Nie ze względu na to, co stało się przed dniem głosowania – wręcz przeciwnie. Pod koniec nocy wyborczej sytuacja była jasna w 47 stanach oraz dystrykcie federalnym. Tymi trzeba kłopotliwymi okazały się Oregon, Nowy Meksyk i Floryda. O ile dość szybko ustalono, że dwa pierwsze wziął Gore, o tyle walka w Słonecznym Stanie przeniosła się wkrótce z lokali wyborczych do sądów i stała się czymś, czego amerykańska demokracja jeszcze nie widziała.
Aby zrozumieć istotę problemu, warto powiedzieć parę słów o sposobie przeprowadzania na Florydzie wyborów (amerykańskie stany mają w tej dziedzinie sporą swobodę). Otóż wyborca wchodzący w tym stanie do kabiny do głosowania nie ma do dyspozycji karty i długopisu, lecz staje przed specjalną maszyną, przy pomocy której robi na karcie dziurkę w miejscu obok nazwisk tandemu, który popiera. To dość egzotyczne dla Polaków rozwiązanie ma podstawową zaletę – umożliwia maszynowe, a więc dużo szybsze, przeliczenie głosów.
Prawo Florydy przewiduje, że jeśli różnica między kandydatami jest bardzo niewielka, liczenie głosów należy powtórzyć. Między oboma sztabami wybuchł ostry spór, w jaki sposób powinno się to robić. Republikanie – którzy po pierwszym przeliczeniu mieli niewielką, ale jednak przewagę – obstawali przy tym, aby ponownie użyć maszyn. Demokraci chcieli, aby w trzech budzących ich szczególne wątpliwości (a w praktyce: szczególnie zdominowanych przez ich wyborców) hrabstwach ponowne przeliczenie odbyło się ręcznie. Dzięki temu miałyby zostać wyłapane sytuacje, kiedy np. maszyna do głosowania nie przedziurawiła karty w żadnym miejscu (bo wyborca za słabo pociągnąć specjalną dźwignię), ale odcisk od ostrza pozwala wzrokowo określić, kogo ten wyborca chciał poprzeć. Tą metodą głos, który automat liczący odrzuca jako nieważny, trafia na konto jednego z kandydatów. Z drugiej strony – i to był kontrargument ekipy Busha – w przeciwieństwie do maszyny ludzie zajmujący się liczeniem niekoniecznie gwarantują pełen obiektywizm całego procesu.
Po powtórnym, w większości maszynowym, przeliczeniu, Bush miał nad Gorem 537 głosów przewagi. Wtedy sztab Demokraty zażądał ponownego, ręcznego sprawdzenia części kart do głosowania. Oczywiście Republikanom ten pomysł nie przypadł do gustu i zaczęła się sądowa batalia, którą z obu stron kierowali niezwykle prominentni polityczni emeryci, byli sekretarze stanu – James Baker u Republikanów i Warren Christopher u Demokratów. 4 grudnia 2000 Sąd Najwyższy Florydy przychylił do wniosku Demokratów i rozszerzył zakres ręcznego przeliczenia oraz przedłużył czas, jaki był na nie wyznaczony. Decyzja ta została zaskarżona do Sądu Najwyższego USA, który stosunkiem głosów 7-2 unieważnił ją, a jednocześnie stosunkiem 5-4 nakazał zakończenie procesu wyborczego na Florydzie. Tamtejszych 25 głosów elektorskich zostało zaliczonych Bushowi, który tym samym zawitał do Białego Domu już po zaledwie ośmiu latach od wyprowadzki stamtąd swego ojca.
- Kampanie sprzed lat: 2000 - część I
- Kampanie sprzed lat: 1996
- Kampanie sprzed lat: 1992
- Kampanie sprzed lat: 1988
- Kampanie sprzed lat: 1984
- Kampanie sprzed lat: 1980 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1976
- Kampanie sprzed lat: 1972 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1968 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1960
- Kampanie sprzed lat: 1952
- Kampanie sprzed lat: 1948 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1932
- Kampanie sprzed lat: 1924
- Kampanie sprzed lat: 1920


Komentarze
Pokaż komentarze (2)