Dzisiejsza polityka to jutrzejsza historia. To straszliwie wyświechtany frazes, ale co najgorsze prawdziwy. Podróżując przez dzieje amerykańskich wyborów prezydenckich, w Kampaniach sprzed lat zajmowaliśmy się w przeważającej mierze wydarzeniami, które większość z nas pamięta słabo lub wcale. Ale teraz – w naszym finałowym odcinku – jest inaczej. Zajmiemy się kampanią, którą prawie każda i każdy z nas ma jeszcze przed oczami.
Zapraszamy na Amerykański Wieczór Wyborczy oraz na blogową RELACJĘ LIVE USA 2008 z nocy wyborczej. Startujemy o 1.00 rano.
Wybory prezydenckie w roku 2004 – podobnie jak np. te z 1984 czy 1996 – były przede wszystkim plebiscytem na temat urzędującego prezydenta. W gruncie rzeczy najważniejsze pytanie dla większości obserwatorów nie brzmiało wcale Kto będzie lokatorem Białego Domu przez kolejne cztery lata?. Sprowadzało się ono raczej do: Czy będzie to w dalszym ciągu George W. Bush?.
Czterdziesty trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych okazał się politykiem bardzo kontrowersyjnym, głęboko dzielącym opinię publiczną w kraju i poza nim. Jedni postrzegali go jako wielkiego męża stanu, który nie bał się podejmować trudnych decyzji w godzinie próby, po atakach z 11 września 2001 roku. Inni widzieli w nim niekompetentnego prowincjusza z ciągotami mesjanistycznymi, łatwo ulegającego manipulacjom swoich doradców spod znaku wojującego neokonserwatyzmu. Mimo to na koniec pierwszej kadencji jego notowania były nienajgorsze. Partia Republikańska zdecydowała się stanąć murem za swym przywódcą – Bush nie miał praktycznie żadnej konkurencji, a jego nominacja na konwencji w Nowym Jorku była czystą formalnością. Czynnikiem, który dodatkowo mu sprzyjał, było pojmanie Saddama Husajna, które szczęśliwym trafem nastąpiło tuż przed sezonem prawyborczym. Prezydent znalazł się na fali wznoszącej i nikt rozsądny nie chciał ryzykować utopienia się w niej.
Znacznie ciekawiej było u Demokratów, którzy stanęli przed niełatwym zadaniem znalezienia kogoś, kto zjednoczy i poprowadzi do zwycięstwa dość podzielony wewnętrznie obóz przeciwników prezydenta. Początkowo za faworyta uważano reprezentującego lewe skrzydło partii Howarda Deana, byłego gubernatora Vermont. Innymi kandydatami o sporym potencjale byli emerytowany generał Wesley Clark, były przywódca Demokratów w Izbie Reprezentantów Dick Gephardt oraz senatorowie John Edwards z Karoliny Północnej i John Kerry z Massachusetts.
Już prawybory w Iowa pokazały, że pozycja Deana wcale nie jest taka silna, a prawdziwa walka rozegra się między oboma członkami izby wyższej parlamentu. Dość szybko szalę na swoją stronę przechylił Kerry. Na początku marca było już po wszystkim. Chcąc szybko zasypać podziały oraz zrównoważyć własne pochodzenie – przecież Massachusetts to stan niemal stereotypowo utożsamiany z bogatą Północą USA – Kerry zaprosił do tandemu senatora Edwardsa. Oprócz kryterium geograficznego, idealnie nadawał się on do kreowania w mediach wizerunku obrońcy zwykłych ludzi, bowiem dorobił się pokaźnego majątku jako adwokat reprezentujący obywateli w procesach o odszkodowania ze strony rozmaitych korporacji (a jak wiadomo, tego rodzaju pozwy opiewają zwykle w USA na niebotyczne sumy, zaś prawnicy są na prowizji).
W finałowej fazie kampanii Bush zgodnie z przewidywaniami grał głównie kartą bezpieczeństwa narodowego. Starał się też przypiąć swojemu rywalowi łatkę zimnego liberała, którego nie obchodzą kłopoty zwykłych ludzi. Kerry odpowiedział hasłem silniejsi w kraju, szanowani na świecie, które miało wskazywać, że Bush zaniedbał lokalne podwórko, a jego działania podkopują międzynarodową reputację i pozycję Ameryki. W sezonie letnim oba sztaby stoczyły walkę na wyciąganie brudów dotyczących kariery wojskowej kontrkandydata. Mówiąc w skrócie, Demokraci twierdzili, że Bush wymigiwał się od służby, zaś Republikanie dowodzili, iż wojenne zasługi Kerry’ego są zdecydowanie wyolbrzymiane.
Ostatecznie Kerry’ego poparły tylko regiony Północy oraz Zachodniego Wybrzeża, łącznie 19 stanów i dystrykt federalny. Dało mu to 251 głosów elektorskich. Bush wygrał w 31 stanach i uzbierał 286 głosów. Co ciekawe, jeden głos elektorski dostał John Edwards. Stało się tak - najpewniej w wyniku pomyłki - jednego z elektorów ze stanu Minnesota.
Po siedmiu latach prezydentury Bush cieszył się zaufaniem jedynie co czwartego Amerykanina. W tegorocznych wyborach prezydenckich udzielił poparcia Johnowi McCainowi.
Jarosław Błaszczak
Inne kampanie sprzed lat:
- Kampanie sprzed lat: 2000 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1996
- Kampanie sprzed lat: 1992
- Kampanie sprzed lat: 1988
- Kampanie sprzed lat: 1984
- Kampanie sprzed lat: 1980 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1976
- Kampanie sprzed lat: 1972 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1968 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1960
- Kampanie sprzed lat: 1952
- Kampanie sprzed lat: 1948 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1932
- Kampanie sprzed lat: 1924
- Kampanie sprzed lat: 1920
Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (1)