Kiedy okazało się, że wybory w USA wygrał czarnoskóry kandydat, jasnym stało się, że o ile większość komentatorów europejskich, którzy przywiązani są do ducha liberalnego, przyjęła ten wybór z niekłamanym optymizmem, o tyle znaczna część komentatorów konserwatywnych zaczęła jasno dawać wyraz swemu niezadowoleniu. W zależności od kultury komentatora ekspresja niezadowolenia przyjmuje różne formy - od skrajnych wypowiedzi o końcu cywilizacji białego człowieka pewnego posła, aż po analizy na tyle rzeczowe, aby z nimi polemizować. Jednym z tekstów, który zwrócił moją uwagę był artykuł Co zmieni Obama? autorstwa Macieja Brachowicza z Klubu Jagiellońskiego, który ukazał się w Dzienniku Polskim 7 listopada, a potem został zamieszczony na Salonie 24. Chciałbym zająć się polemiką z tym tekstem.
Zacznijmy więc po kolei. Już w pierwszych linijkach autor cytując wypowiedzi Anne Appelebaum stara się zapewne udowodnić, że część wyborców popierających Obamę zrobiła to aby odsunąć motłoch wrzeszczący »terrorysta« na dźwięk nazwiska Obamy jak najdalej od Białego Domu. Czy to dziwne? Chyba nie, skoro jasnym jest od dłuższego czasu, że cała bushowska administracja była w znacznej mierze podporządkowana ewangelikalistycznej wizji świata reprezentowanej przez najważniejszą dla Republikanów grupę wyborców, jaką stanowi religijna prawica. Te wpływy widać szczególnie wyraźnie, gdy się przeanalizuje bushowską retorykę towarzyszącą obu wojnom tej administracji - jest ona wręcz uderzająca gdy się pomyśli o polityce USA względem Izraela, objawia się w całej stanowczości gdy przypomnimy sobie jakże barwną osobowość Johna Ashcrofta.
Nawet republikański senator John Danforth stwierdzał na łamach The Washington Post, iż Republikanie zamienili naszą partię w skrzydło polityczne konserwatywnych chrześcijan. Elementy tej transformacji (...) są częściami większego planu wspólnego konserwatywnym chrześcijanom i dominującemu skrzydłu Partii Republikańskiej. (...) Problem nie dotyczy ludzi lub kościołów, które są aktywne politycznie. Dotyczy partii, która zaszła tak daleko w adoptowaniu sekciarskiego punktu widzenia, że stała się politycznym przedłużeniem ruchu religijnego. (...) Jako senator codziennie martwię się o wielkość deficytu finansów publicznych. Nie martwię się za to ani przez minutę o efekty legalizacji małżeństw gejowskich. Dzisiaj wydaje się, że wszyscy dookoła uznają to za niemodne.
Było to na dobrą sprawę tylko przypomnienie smutnej diagnozy Barry'ego Goldwatera, który w 1981 roku stwierdził, iż najpotężniejszy sojusznik, jakiego wezwać można w debacie to Jezus Chrystus, Bóg, czy Allah, czy też jak tam kto chce nazywać Istotę Najwyższą (...) Religijne frakcje tak bujnie rozwijające się ostatnio w naszym kraju używają wiary jak obucha, bez krztyny rozsądku. Ci ludzie usiłują zmusić przywódców państwa, by w stu procentach podporządkowali się ich żądaniom. Jeśli ktoś nie zgadza się z którąś z tych religijnych grup w jakiejś szczegółowej kwestii moralnej, oni protestują, grożą zablokowaniem dotacji na fundusz wyborczy albo odmową głosu w wyborach (albo obiema rzeczami naraz). Powiem otwarcie - czuje się chory i zmęczony, patrząc na tych politycznych kaznodziejów, którzy, jak Ameryka długa i szeroka, próbują mi wpierać, że jako obywatel tego kraju, jeśli chcę być uznany za osobę moralną, muszę wierzyć, że A, B, C i D (...) Jeszcze większą wściekłość wzbudzają ci ludzie we mnie jako członku władz ustawodawczych Stanów Zjednoczonych, który nieustannie musi znosić groźby licznych religijnych grupek, z których każda zachowuje się tak, jakby sam Bóg osobiście upoważnił ją do kontrolowania każdego mojego głosu i wystąpienia w Senacie. Ostrzegam zatem dzisiaj tych ludzi - będę walczył z nimi bez najmniejszej litości, jeśli nadal będą próbowali w imię konserwatyzmu narzucać swoje poglądy wszystkim Amerykanom.
Czy dziwić może zatem, że ta narastająca od lat presja środowisk religijnych, drażniąca nawet dla części Republikanów, w końcu zdołała na tyle rozsierdzić Amerykanów, że postanowili z nią skończyć? Mnie to nie dziwi. Co innego religijność - która w USA ma się świetnie – a co innego zaangażowanie religii w politykę. Tego Amerykanie nie lubią - pierwszy raz dali temu wyraz formułując jeffersonowski mur konstytucyjnie rozdzielający religię od polityki na mocy pierwszej poprawki. Wybór Obamy gwarantuje zatem zmianę po pierwsze dlatego, że Obama nie będzie zakładnikiem żadnego ruchu religijnego. Więcej nawet - sposób finansowania jego kampanii gwarantuje mu z miejsca sporą niezależność od wielkich firm i instytucji jak również od większości tradycyjnych grup lobbingowych. Jest to zmiana niewątpliwa, zwłaszcza, że niemal na pewno towarzyszyć jej będzie wzrost nacisku na wszelkie akcje zmierzające do rozszerzania reprezentacji we władzach grup do tej pory niedoreprezentowanych, czyli przede wszystkim Czarnych, Latynosów i kobiet.
To my powinniśmy zasiadać przy stole,
nie potrzebujemy by ktoś inny interpretował nasze stanowisko
źródło: The Black Commentator
W dalszej części autor stwierdza (chyba z nutką żalu), że przeszłość Obamy nie stała się głównym tematem kampanii prezydenckiej. Jakież to polskie, wypadałoby zakrzyknąć! Toć przecież ci biedni Amerykanie nie skoncentrowali kampanii na tym aby grzebać się w rodzinie Obamy do dziesiątego pokolenia nazad, ani nie przywiązali najmniejszej wagi do tego z kim Obama kolegował się lat temu kilkadziesiąt, gdy był na studiach. O nie! Oni zamiast tego starali się dyskutować wyłącznie o polityce zagranicznej, wojnach, kryzysie ekonomicznym i paliwowym. Autor cytując Charlesa Krauthammera sugeruje, że Obama nie mógł się nie ubrudzić pływając w jednym bagienku wraz z choćby Billem Ayersem tylko, że do głowy mu już chyba nie przyszło, iż Obama może być człowiekiem znacznie bardziej otwartym światopoglądowo niż większość mu współczesnych, bo czy nie o tym właśnie świadczy posiadanie szerokich kontaktów w różnych środowiskach? Sam wiem jak dziwne wrażenie ma część ludzi gdy mówię im wprost, że nie skreślam nikogo za przekonania i jestem w stanie dogadać się zarówno z ultraprawicowcem jak i z rewolucyjnym lewakiem. Rzecz w tym, że bardzo często poglądy można śmiało zawiesić na kołku. Czepianie się kolegów Obamy i jego pastora jasno świadczy o tym, że on sam jest zbyt trudny do zaatakowania, oczywiście gdy pominie się zupełnie absurdalne oskarżenia o bycie lewakiem lub muzułmaninem. Więcej nawet - czytelnikom pod osąd własny zostawiam kwestię wiarygodności tekstu, który wytykając Obamie sprawę pastora Wrighta słowem nie wspomina o mccainowskim pastorze Hagee.
Jako, że jesteśmy już przy temacie religii Obamy wypada zastanowić się nad tym, że Republikanie bardzo mocno starali się akcentować, iż Obama dzieckiem będąc uczęszczał do muzułmańskiej szkoły i był praktykującym wyznawcą Proroka. Autor słusznie stwierdza iż jest to bez znaczenia i że gdyby przy tym pozostał nie byłoby z czym polemizować. W swych dywagacjach Maciej Brachowicz z powodów zupełnie dla mnie niezrozumiałych sugeruje iż odstępstwo Obamy od wiary może wzmagać zagrożenie terrorystyczne dla prezydenta elekta. Po pierwsze warto wiedzieć iż bliskowschodnie ugrupowania terrorystyczne nie mają absolutnie nic wspólnego z islamem indonezyjskim. Jeśli autor miał zamiar powiązać oba islamy to świadczy to dobitnie, że o złożoności doktryn tej religii nie ma bladego pojęcia. Dla porządku powiem iż zasadniczo indonezyjski islam jest w oczach np. afgańskich talibów takim samym odstępstwem od wiary jak każda wiara która nie jest ich własną. Jeśli z drugiej strony stara się Pan Brachowicz sugerować iż ugrupowania indonezyjskie miałyby jakikolwiek żywotny interes w tak spektakularnym pozbyciu się Obamy to wypada zapytać o dwie kwestie. Po pierwsze, jaki miałyby w tym interes? Po drugie czy ich wpływy w USA są większe niż np. białych prawicowych radykałów wściekłych na to, że kolejnym prezydentem jest Czarny? Jest to pytanie retoryczne, które dobrze obrazuje poziom bujania w obłokach jaki reprezentuje sobą nawet dość sensowna skądinąd i zgrabnie sformułowana wymierzona w Obamę krytyka Macieja Brachowicza.
Przejdźmy teraz do kwestii doświadczenia w jakiej tak lubują się krytycy Obamy...
Paweł Adamiec
Jutro zapraszamy na drugą część tekstu
Przeczytaj także:
- Gorączka Obamy
- John McCain - skazany na klęskę - część I, część II
- Program Obamy - yes he can? - część I, część II
- Parada politycznych groupies
- Prawdziwa przyczyna porażki McCaina
- Wybory w Stanach? Ale o co kaman? ;)
- Zdradliwe zwycięstwo Demokratów, wschodzące gwiazdy Republikanów
- Prezydent Obama - słowa i czyny
- Sen spełniony: Barack Obama prezydentem USA
- Podziękowania - coś się kończy, coś się zaczyna
Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (1)