USA 2008 USA 2008
51
BLOG

CO ZMIENI OBAMA - POLEMIKA (II)

USA 2008 USA 2008 Polityka Obserwuj notkę 5

Przejdźmy teraz do kwestii doświadczenia w jakiej tak lubują się krytycy Obamy. Rację niewątpliwie mają ci, którzy wskazują, że nie ma on doświadczenia w sprawowaniu władzy wykonawczej. Pytanie brzmi - czy miał je prezydent Kennedy gdy wygrywał wybory w roku 1960? Znów retorycznie. Mimo tego to JFK jest tym prezydentem, którego w USA do dziś wspomina się z niesłabnącą estymą i mimo wielu potknięć udało mu się przetrwać kryzys kubański zapobiegając przy okazji wybuchowi kolejnej wojny światowej. Swoją drogą raczej trudno wyobrazić sobie, aby Obama miał zmierzyć się z podobnymi problemami w polityce zagranicznej.

Przeczytaj pierwszą część tekstu - polemiki z artykułem Macieja Brachowicza

John F. Kennedy - autor portretu Bernard Safran (1960)
John F. Kennedy
autor portretu - Bernard Safran (1960)

Jeśli chodzi o błędy polegające na określeniu terminu wyjścia z Iraku i gotowość do rozmów z Iranem to oba te błędy Ameryki nie stać na nową wojnę z Iranem. Trudno chyba z tym komukolwiek polemizować. Ameryka musi też wycofać się z Iraku gdyż pozostawanie tam w dalszym ciągu niczego raczej nie ma szans zmienić. Czy półtorej roku (bo tyle Obama zadeklarował) to rzeczywiście przedwczesne ogłoszenie terminu? Raczej nie. Musimy sobie uświadomić, że Amerykę czeka operacja na ogromną skalę, do której przygotowań i tak by nie można było ukryć. są w rzeczy samej przejawem dość solidnej dawki realizmu, jaką Obama posiada.

Oznacza to wprost, że teza Kissingera jest równie prawdziwa co nieweryfikowalna. Im bliżej będzie do wycofania tym bardziej zwarte będą siły bojówkarzy i tym więcej będzie prób ataków na Amerykanów - tak będzie niezależnie od tego co zadeklarował Obama. W rezultacie Kissinger, a za nim inni, powiedzieć będzie mógł tryumfalnie, że znów miał rację - konia z rzędem temu, kto udowodni, że bojówkarze by się nie konsolidowali gdyby Obama ogłosił termin wycofania za powiedzmy rok. O specyfice działań w Iraku decyduje miejscowa sytuacja i stosunek sił (czyli realizm w najbardziej klasycznym sensie), nie zaś poglądy kogokolwiek w Waszyngtonie.

Joe Biden
Joe Biden

Przechodząc do argumentów dotyczące sprzecznych z amerykańską racją stanu działań Joe Bidena to wypada po pierwsze załamać ręce nad naiwnością niektórych komentatorów posługujących się takimi pojęciami-kameleonami jak racja stanu, których definiowanie zależy zawsze od punktu siedzenia, po drugie zaś trzeba by było zastanowić się w znacznie szerszej polemice czy rzeczywiście np. zbrojenia reaganowskie były faktycznie rzeczą pozytywną? Oczywiście prawicowi komentatorzy traktujący Reagana ze czcią ocierającą się wręcz o religię będą bronić jego posunięć do grobowej deski, jednak nikt jeszcze w przekonujący sposób nie udowodnił, że zbrojenia owe miały większy wpływ na upadek ZSRR niż np. przegrana radziecka w Afganistanie i wiele innych działających jednocześnie czynników.

Wypada w tym momencie zapytać co zatem jest amerykańską racją stanu? Na pewno nie jest nią utrzymywanie obecnego bezwładu, który prowadzi donikąd. Co więcej - widać pewną niekonsekwencję w zarzucie pod adresem Bidena dotyczącym jego poparcia dla zwiększenia amerykańskiego kontyngentu w Iraku w 2006 roku. Więc jak to w końcu jest? Obama chce wycofywać - źle. Biden był za wzmocnieniem sił - źle.

Kolejna kwstia: obawy dotyczące możliwych cięć w budżecie Pentagonu, których boi się część komentatorów. Odsyłam ich do zapoznania się ze światową strukturą wydatków zbrojeniowych. Aby zacytować choćby SIPRI Yearbook 2006 USA wydawały wtedy 478,2 mld USD tj. 1604 USD per capita, zatem przy posiadaniu 5% populacji świata wydawały 48% łącznych globalnych wydatków zbrojeniowych. Dla porównania Chiny, w których wielu doszukuje się kolejnego kandydata do przejęcia pozycji hegemona, w tym samym czasie wydawały 41 mld USD (188,4 mld USD przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej i po oszacowaniu ukrytej części budżetu) tj. 31,2 USD per capita, zatem wydawały 4% światowych wydatków przy populacji liczącej 20% ludności świata.
Amerykański żołnierz

USA mają najbardziej bezsensownie napompowany budżet wojskowy na świecie i odchudzenie go ani nie zagrozi pozycji USA na świecie ani nie doprowadzi do zmiany na pozycji lidera, co skutecznie w dłuższej perspektywie może zrobić dopiero kryzys ekonomiczny. Wprowadzenie kolejnych programów społecznych kosztem wydatków na wojsko może się nie podobać tylko tym, którzy dalej postrzegają świat w ciasnych kategoriach zimnowojennych. Faktem jest, że USA mają teraz na własnym podwórku na tyle dużo do zrobienia, że wyrzucanie miliardów na kolejne kosztowne wojny jest nie do pomyślenia. Pojawia się pytanie - po co pompować pieniądze w bezrobotną armię?

W tym momencie przychodzi czas na podsumowanie kolejnej części tekstu Macieja Brachowicza, nazwanej dość karkołomnie Siła realpolitik, co jest równie poprawne jak masło maślane. Autor stawia tezę mniej więcej słuszną stwierdzając iż interesy Ameryki są stałe. Z tym zgodzić się można, zastanowić natomiast należy się nad tym, czy sposoby realizacji tych interesów także są stałe. Raczej nie. Gdy porówna się cele i metody ich realizacji wprowadzane w życie przez kolejne administracje to między np. Carterem i Reaganem nie znajdziemy szczególnie wielkich podobieństw, choć nie ulega wątpliwości, że w czasie zimnej wojny interesy amerykańskie można było jeszcze silniej zdefiniować jako niezmienne.

Autor słusznie zwraca uwagę, że to za Clintona zaczęło się powolne psucie stosunków transatlantyckich, kosowska awantura z roku 1999 miała w tym udział niemały, zwłaszcza, że obnażyła w stopniu niesamowitym europejską bezsilność z jednej strony, a absurdalność amerykańskiej doktryny wojskowej z drugiej.To wszystko prawda, jednak nie należy zestawiać słów Sekretarz Stanu mówiącej o USA jako o niezbędnym kraju z np. słowami George'a W. Busha wypowiedzianymi kilka dni po 11 września 2001 roku: Może być i tak, że w jakimś momencie zostaniemy sami. Dla mnie nie ma sprawy, jesteśmy Ameryką. Nie dało się jaśniej sformułować unilateralizmu w kilku słowach, skojarzenie z Włodzimierzem Leninem też jest tu jak najbardziej na miejscu, na co wtedy wielu komentatorów zwróciło uwagę.

Satyra na neokonserwatyzm
McNeokoni - miliardy skradzione, kłamstwa rozgłoszone
Grafika satyryczna na temat neokonserwatyzmu

I tu autor używa kolejnego słowa którego znaczenie jest workiem bez dna, a mianowicie neokonserwatyzm. Tony papieru już zapisano starając się napiętnować tę bestię z tej lub innej strony, jednak neokonserwatyzm na dobrą sprawę jest tworem tak różnorodnym jak tworzący go ludzie i choć może to niektórych dziwić, sprawy międzynarodowe w działaniach neokonserwatystów naprawdę nie zajmują koronnego miejsca. Na dobrą sprawę, gdy się przeanalizuje kim są najważniejsi decydenci okołoprezydenccy i sam prezydent Bush, to okaże się, że neokonserwatystów tam nie znajdziemy. Większość z nich to akademicy, a nie politycy. Owszem, część z nich akcentuje unilateralizm (jednak nie tak mocno jak np. paleokonserwatyści) oraz popiera wojnę prewencyjną, jednak nie są to ludzie z natury wrogo nastawieni do międzynarodowej współpracy jako takiej. Ich założenia akcentują rolę USA jako mocarstwa, które ma przewodzić światu i budować ład światowy (w tym instytucje międzynarodowej współpracy) na swoich zasadach.

Czy jest to niesłuszne? Osobiście wolę żyć w rzeczywistości międzynarodowej w której hegemonem są Stany Zjednoczone, a nie np. Chiny, jednak to co reprezentowała sobą bushowska administracja daleko się miało do realizacji wizji neokonserwatywnej choćby dlatego że administracja ta działała wybiórczo i niekonsekwentnie. Mówiąc wprost: gdyby w Białym Domu rzeczywiście siedzieli neokonserwatyści to dziś mielibyśmy otwarte jeszcze dwa fronty walki o demokrację w Iranie i Korei Północnej. Mnie nie mierzi cel, lecz metody obecnej amerykańskiej administracji. Nie można wprowadzać demokracji na bagnetach ani liczyć na to, że ludzie w ten sposób potraktowani okupantów przyjmą jak wybawicieli. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że cała akcja zrodziła się w głowach Południowców, wśród których ciągle żywy jest bardzo często duch Konfederacji. Czyżby już zapomnieli rajd generała Shermana, skoro tych samych metod używają do pacyfikacji Iraku?

Jedno jest pewne, Obama przynosi zmianę, zmianę metody...
 
Paweł Adamiec
 
Jutro, w poniedziałek, zapraszamy na trzecią, przedostatnią, cześć tekstu
 

Przeczytaj także:


PolitykaGlobalna.pl - portal o polityce międzynarodowej

Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl

USA 2008
O mnie USA 2008

Dołącz do nas. Kontakt: usa2008@gazeta.pl O wyborach w Ameryce piszemy od listopada 2007. Nasze wpisy sprzed 14 lipca 2008 możesz przeczytać na http://usa2008.blox.pl Teksty są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska Kierowniczka projektu: Anna Dryjańska Koordynatorzy: Bartłomiej Bartel Jarosław Błaszczak Ewa Dryjańska Maciej Józefowicz oraz Paweł Adamiec Adrian Biernacki Michał Filipowicz Magdalena Gotowicka Piotr Kobosko Paulina Kozłowska Maciej Lewandowski Maciej Matejewski Morgan O'Neill Jakub Osina Marcin Świerczek i inni

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka