Jako, że Polska jest małym europejskim krajem, leżącym tuż obok Rosji, warto powiedzieć o niej kilka słów. Na początek wypada zdać sobie sprawę z realnego znaczenia Polski tak w Europie (czy szerzej - w Eurazji) i na świecie. Zawieszając na kołku historyczne wspominki o wielkiej Polsce niestety stajemy przed dość przygnębiającą rzeczywistością, jednak zacznijmy od aspektów pozytywnych. Polska jest krajem wysoko rozwiniętym, należy do NATO i UE, mieni się przyjacielem Ameryki i ma spore ambicje stać się regionalnym liderem.
Przeczytaj pierwszą, drugą i trzecią część polemiki z artykułem Macieja Brachowicza
A teraz minusy - jesteśmy państwem nieporównywalnie mniejszym i od USA i od Rosji, podobnie zresztą jak wszystkie inne kraje europejskie. Mamy niewielki potencjał gospodarczy i przestarzały przemysł - nawet porównywanie się z Niemcami jest w tym kontekście nie na miejscu. Mimo, że próbowaliśmy różnych wersji prowadzenia polityki względem USA niewiele udało się nam zyskać. Nasze gwarancje bezpieczeństwa nie są lepsze niż innych krajów należących do NATO, a artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego jest dość jasno sformułowany, stąd trudno nie zdawać sobie sprawy z konsekwencji jego formuły. Zasadniczo pozycja Polski na świecie jest nijaka. Bywamy zauważani tylko wtedy, gdy wybucha jakiś skandal, ktoś dostaje Nobla albo dzieje się coś równie spektakularnego.
Dla USA jesteśmy jednym z krajów UE i to niespecjalnie ważnym, a to z tej prostej przyczyny, że nie mamy pojęcia jak negocjować z Amerykanami. Amerykański styl negocjacji to styl biznesowy gdzie trzeba mocno walczyć o swoje interesy i jasno stawiać swoje stanowisko. Przyjemnie było zobaczyć pewną pozytywną zmianę w stylu negocjacyjnym gdy rząd Donalda Tuska brał na warsztat sprawę tarczy antyrakietowej. Ogólnie dla USA nie jesteśmy liczącym się partnerem i nigdy nie byliśmy. Ważnym graczem na arenie światowej - również w relacjach z Rosją - możemy stać się tylko jako część większej całości, jaką jest Unia Europejska, w ramach której, o czym też lubimy zapominać, jesteśmy krajem równorzędnym ze wszystkimi innymi. Nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy rzecznikiem innych państw z naszej części Europy. Akcentowanie tego wydumanego przewodnictwa co i rusz kosztowało nas sporo w relacjach tak z sąsiadami jak i np. z Węgrami.
Co w tej sytuacji oznacza dla Polski wybór Obamy? Bardzo wiele. Po pierwsze Obama stawiając na multilateralizm i dostrzegając polskie zaangażowanie tak w Iraku jak i w Afganistanie powinien dążyć do większego zacieśnienia współpracy z Polską, o ile oczywiście znów się do reszty w oczach amerykańskich dyplomatów nie sfrajerzymy dając wszystko za nic albo wychodząc na niesolidnego partnera. Zasługa ostatnich wpadek prezydenckich ministrów pokazuje dokładnie czego robić absolutnie nie należy. Akcentowanie faktu, że Obama tak niewiele czasu znalazł dla polskich notabli na kilometr pachnie czepianiem się na siłę. Bo i cóż to znaczy, że Obama nie znalazł dla nas wiele czasu? Była kampania, a ona nie toczyła się w Polsce tylko w USA i sprawy kampanijne były dla Obamy na pierwszym miejscu, nie mówiąc już o tym prostym fakcie, że jego kampania była dużo intensywniejsza niż McCaina który czas znalazł.
Nieśmiało pragnę w tym miejscu również powiedzieć to co wielu powtarzało przede mną - co z tego, że McCain nam obiecał, że będzie walczył o wizy? Nic, bo nawet gdyby wygrał, decydowanie o polityce wizowej nie leży w prezydenckich kompetencjach. Obama przynajmniej nie proponował nam takiej taniej wyborczej kiełbasy.
Czas teraz na soczysty cytat z Macieja Brachowicza: Istnieją dwa ważniejsze powody, dla których Polacy nie mają racjonalnych powodów do zadowolenia ze zwycięstwa Obamy. Po pierwsze prawdą jest, że ze względu na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa amerykańskim oddziałom w Iraku i Afganistanie pomiędzy Obamą a McCainem nie byłoby zapewne zasadniczej różnicy w reakcji na ewentualne agresywne zachowania Rosji wobec naszego kraju, ale to McCain ma wspólne z nami doświadczenie zagrożenia komunizmem.
Szczerze przyznam, że zdanie to przeczytałem trzy razy przecierając oczy ze zdumienia za każdym razem coraz bardziej. Zagrożenie komunizmem? Czyżby autor przespał ostatnie lat kilkanaście twardym snem zimowym? Zimna wojna się skończyła, mur berliński legł w gruzach. Jedyne państwa które obecnie można nazwać komunistycznymi to Korea Północna i Kuba i jakoś trudno mi wyobrazić sobie znaczące interesy Polski w którymkolwiek z wyżej wymienionych państw.
Autor w dalszych rozważaniach stwierdza, iż wspólne z nami doświadczenie zagrożenia komunizmem miałoby rzekomo pomagać McCainowi w rozszerzaniu NATO o Gruzję i Ukrainę. Bardzo pięknie teoretycznie to wygląda, jednak Maciej Brachowicz zdaje się zapominać o tym, że Ukraina w swej polityce stosuje cały czas system wahadłowy - raz odbija na Zachód, innym razem na Wschód, wygrywając w ten sposób wzajemne nieporozumienia. Na dodatek Ukraina ma szczęście mieć w swych granicach 17% rosyjską mniejszość - bagatela 8,3 mln ludzi, według danych za rok 2001. Już ten jeden czynnik wystarczy aby ostudzić zapał każdego amerykańskiego prezydenta przed dążeniem do włączenia Ukrainy w struktury NATO, nie mówiąc o perturbacjach jakie by to dla Ukrainy wywołało np. jeśli chodzi o dostawy surowców strategicznych.
Co zatem z Gruzją? Pojawia się pytanie - jaka jest realna siła militarna Gruzji i co mogłaby ona wnieść do potencjału obronnego NATO? Znów jest to pytanie retoryczne. Pomijając całą sympatię jaką mam dla Gruzji zdaję sobie sprawę, że wiele wskazuje na to, że w ostatniej awanturze to Gruzja mogła być agresorem, co więcej jej pozycja mogłaby powodować konieczność angażowania się NATO w konflikt z Rosją, a tego nikt przy zdrowych zmysłach nie chce. Więcej nawet - gdyby przyjąć Gruzję do Paktu Północnoatlantyckiego oznaczałoby to otwarcie się sojuszu na Kaukaz (gdzie tu nawet ślad Atlantyku?), a to by rozsierdziło nie tylko Rosję ale i wszystkie wielkie państwa azjatyckie, no bo skoro Gruzja to kto następny? Pakistan? A dlaczego nie?
Warto mieć na uwadze także bardzo zaniepokojone chińskie głosy jakie towarzyszyły chociażby operacji kosowskiej w roku 1999 i to jeszcze zanim Amerykanie omyłkowo zbombardowali chińską ambasadę. Powód zaniepokojenia był oczywisty - Kosowo trudno uznać było za statutową strefę działań NATO. Z tej prostej przyczyny sam pomysł włączenia Gruzji do sojuszu uznać należy za absurdalny i oderwany całkowicie od rzeczywistości.
Dotarliśmy wreszcie do ostatniej kwestii, tarczy antyrakietowej. Oczywiście Maciej Brachowicz słowem nie wspomina o tym, że owa tarcza jest najbardziej chyba niedorzecznym pomysłem z jakim udało się wyskoczyć bushowskiej administracji. Dlaczego? Ano dlatego, że czy tego chcemy czy nie obecna równowaga geostrategiczna opiera się głównie na tym, że każda ze stron posiadających broń masowego rażenia jest potencjalnie w stanie ugodzić każdego przeciwnika na tyle boleśnie aby ten, nawet jeśli w podobnej broni ma przewagę, nie zdecydował się na jej użycie.
Co w tej sytuacji zmienia tarcza? Wszystko, gdyż stawiałaby ona USA ponad tym prawem, a jako, że mówimy o kraju dysponującym największym na świecie atomowym potencjałem to jasnym jest, że tarcza miałaby w rezultacie doprowadzić do możliwości operowania dotychczas zamrożonym ofensywnym potencjałem atomowym. Pozwolę sobie przypomnieć, że USA są jak narazie jedynym w historii krajem, który użył bojowo broni atomowej. Zbudowanie skutecznej tarczy oznaczałoby w praktyce wycofanie nas do sytuacji rodem z czasów Hiroszimy i Nagasaki gdzie USA mogłyby uderzyć i nie bać się odpowiedzi.
Rozprawianie o potrzebie budowy tarczy w obawie przed atakiem państw bandyckich to tylko zasłona dymna. Te państwa nie dysponują na tyle dużym potencjałem, aby zdecydowały się go użyć. Broń atomowa służy im do zapewniania sobie bezpieczeństwa właśnie dlatego, że jej nie używają, za to mogą od czasu do czasu nią postraszyć. Dodać również należy, że Polska zostałaby zaatakowana w pierwszej kolejności, właśnie po to aby tarczę zneutralizować. Do tego dochodzą kolejne kwestie. Jak dotąd nie wiadomo czy system byłby skuteczny - prób jeszcze nie zakończono, wiadomo natomiast, że system będzie niewyobrażalnie kosztowny, gdyż po tarczy naziemnej czas przyjść by musiał ma rozwój tarczy kosmicznej. Nowy wyścig zbrojeń w tej sytuacji stałby się faktem. Już teraz widać znaczne ożywienie w pracach naukowców rosyjskich i chińskich opracowujących nowe coraz lepsze środki przenoszenia atomowych głowic.
Mówiąc wprost - kiedyś byli tacy, którzy nie chcieli umierać za Gdańsk. Do dziś uważane jest to za zdradę, czymże jednak by to było w porównaniu z tym, co rządzący chcą nam zgotować? Mamy umierać za Waszyngton? My, gdy przyjdzie co do czego, nie zdradzimy - bo nie będziemy mieli kiedy tego zrobić. Pewnie Amerykanie postawią nam w podzięce ładny pomnik i dadzą wreszcie te wizy. Wszak wielu już nas po takiej przygodzie nie zostanie więc i może poziom odrzuceń nareszcie się zmniejszy. Co tu dużo mówić – jest to arcyciekawy pomysł na sukces polskiej dyplomacji.
Paweł Adamiec
To była IV, ostatnia część tekstu "Co zmieni Obama - polemika"


Komentarze
Pokaż komentarze (7)