Przyglądając się ludziom, jakimi zaczyna otaczać się Obama, można dostrzec jedną prawidłowość. Rahm Emanuel, John Podesta czy Greg Craig, żeby tylko wymienić kilku, to osoby związane z obozem Clintonów. Swoje doświadczenie polityczne zdobywali w gabinecie Billa Clintona jako postacie z drugiego czy trzeciego szeregu. Teraz mają okazję, by zabłysnąć w pierwszej linii.
Nad nimi wszystkimi góruje sylwetka Hillary Clinton jako niemal pewnej kandydatki na stanowisko sekretarza stanu. Co prawda obie strony nabrały jak na razie wody w usta, ale nieoficjalne źródła donoszą, że propozycja wysunięta przez Obamę została przyjęta pozytywnie. Hillary była widziana nawet w samolocie do Chicago, według jej rzeczników w czysto prywatnej podróży. Oficjalne potwierdzenie nominacji ma nastąpić po długim weekendzie związanym ze Świętem Dziękczynienia, które w tym roku wypada w czwartek.
Nie da się ukryć, że objęcie przez Clinton kierownictwa nad amerykańską dyplomacją ma swoje zalety. Jej nazwisko wywołuje za granicą pozytywne emocje. Będzie miała do dyspozycji cały sztab ludzi, którzy doświadczenie w dyplomacji zdobywali za kadencji jej męża. Biorąc to pod uwagę, Hillary mogłaby w zasadzie zupełnie zastąpić Obamę w prowadzeniu polityki zagranicznej. Nowy prezydent nie miałby nic przeciwko temu – odciążony z konieczności reprezentowania USA na świecie mógłby skupić całą uwagę na rozwiązywaniu palących problemów w kraju.
Oczywiście, można wyrażać wątpliwości, czy była rywalka Obamy ma doświadczenie wystarczające do kierowania czymś tak szalenie ważnym dla świata jak amerykańska polityka zagraniczna. Jeszcze kilka miesięcy temu jej kompetencje zostały poddane w wątpliwość na skutek niefortunnej wypowiedzi o byciu ostrzeliwaną podczas wizyty w Bośni. Trzeba jednak pamiętać o tym, że Hillary będzie miała potężne zaplecze intelektualne, gdzie znajdą się osoby znające się w zasadzie na każdym temacie. Poza tym nawet odpowiednie predyspozycje na papierze nie zawsze sprawdzają się w rzeczywistości – Condoleeza Rice jest ekspertką od Rosji, ale jakoś nie udało jej się powstrzymać wzrostu potęgi Kremla.
Problemem może być za to rywalizacja z Joem Bidenem o to, kto tak naprawdę będzie kierował polityką zagraniczną USA. Przyszły wiceprezydent ma w tej materii nieporównywalnie większe doświadczenie i zapewne chciałby mieć decydujące słowo w tworzeniu amerykańskiej wielkiej strategii. Z drugiej strony perspektywa degradacji Departamentu Stanu do obsługi technicznej Białego Domu (czego w naszych realiach mogliśmy doświadczyć za rządów PiS w relacjach Anny Fotygi z Pałacem Prezydenckim) zdecydowanie nie zaspokaja ambicji Hillary. Ewentualna wojna podjazdowa między dwoma ośrodkami tworzenia polityki zagranicznej zaszkodzi z pewnością staraniom o odbudowanie wizerunku Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej.
Jednak przede wszystkim nominacja ta oznaczałaby ostateczne zerwanie z przesłaniem, jakie Obama głosił podczas swojej kampanii. Clinton, uosobienie waszyngtońskiego establishmentu, symbolizowała wszystko, co złe w amerykańskiej polityce. Nawet po stronie Republikanów nikt nie był nienawidzony przez zwolenników senatora z Illinois tak bardzo, jak ona. Wielu spośród nich będzie teraz zapewne trudno zaakceptować taką decyzję. To, że Obama otacza się ludźmi związanymi z Clintonami, jednak nie dziwi – trudno byłoby w inny sposób skompletować kompetentną administrację. Hasło zmiany musi ustąpić miejsca realiom.
Z Billem Clintonem jest mniej problemu. Były prezydent ma o tyle łatwiej, że, jako emerytowana głowa państwa, nic nie musi. Pewnie, jak każdy inny były przywódca, zajmie się tym, co jest od niego oczekiwane: gościnnymi wykładami, występami na konferencjach międzynarodowych, czy fundacją własnego imienia, ale z bieżącą polityką będzie to miało niewiele wspólnego. Clinton będzie funkcjonował w publicznej świadomości głównie jako żyjące wspomnienie złotych czasów poprzedniej demokratycznej administracji, bez angażowania się w sprawy bieżące. W każdym razie tak powinien zrobić – jego kontakty zagraniczne i powiązania finansowe, jakie pozyskał w czasie swojej politycznej emerytury, mogą dla przyszłej administracji być niewygodne. Oczywiście, jako człowiek z doświadczeniem w kierowaniu krajem może mieć nieformalnie duży wpływ na poczynania nowej władzy, ale to od Obamy będzie zależeć, czy wysłucha jego rad.
Maciej Józefowicz
- Na ratunek rynkom
- Clinton już nie wystartuje?
- Rekomendacja dla Hillary Clinton
- Hillary Clinton - nie tylko żona swojego męża (część I, część II)


Komentarze
Pokaż komentarze (3)