Taką tezę stawia Roger Simon z Politico. Wczoraj Hillary Clinton przyjęła spodziewaną nominację od prezydenta-elekta Baracka Obamy na stanowisko sekretarza stanu. Oznacza to, że będzie czwartą osobą w państwie i będzie odpowiadać za politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych. Simon ocenia, że gdyby Clinton została w Senacie, to mogłaby być indywidualnością, gwiazdą na demokratycznym firmanencie. Teraz polityka Obamy będzie musiała być jej polityką.
Podobno potrzebnych było aż sześciu negocjatorów, by Clinton zgodziła się przyjąć ofertę Obamy. Simon zauważa nieco złośliwie, że to tylu ilu trzeba do rozpoczęcia lub zakończenia wojny. Mówi się, że Clinton postawiła twarde warunki, takie jak np. dostęp do prezydenta czy możliwość pełnej swobody w wyznaczaniu współpracowników. Zdaniem autora zgoda na to drugie byłaby błędem Obamy, bo doborem ludzi do sztabu wyborczego Clinton udowodniła, że nie umie jeszcze tworzyć dobrego zespołu.
Były prezydent Bill Clinton zadeklarował, że z nową sekretarz stanu (prywatnie żoną) będzie rozmawiał o wszystkich sprawach zawodowych, tak jak dotychczas. Jednocześnie wyraził opinię, że Obama podjął bardzo dobrą decyzję proponując stanowisko Hillary, a Hillary dobrze zrobiła wyrażając zgodę. Bill zapewnił, że on sam jest neutralny wobec ewentualnych propozycji Obamy: nie czekam na nie, ale też nie mówię "nie".
Anna Dryjańska
Przeczytaj także:
Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (3)