Za kilkanaście dni, gdy Barack Obama wprowadzi się do Białego Domu, zwali się na niego cała masa problemów – megadeficyt (prognozy na koniec tego roku mówią o 1,2 bilionie dolarów), upadający przemysł czy napięcia międzynarodowe w rodzaju walk w Gazie czy gazowej zimnej wojny między Rosją a Ukrainą. Mimo ich powagi, wszystkie są mniej lub bardziej rozwiązywalne. Na horyzoncie widnieje jednak jedno wyzwanie, przeciw któremu Obama nie może nic zaradzić i już teraz musi być przygotowanym na jego nadejście. Kto za cztery lata będzie jego rywalem?
JEB BUSH
Po 8 latach urzędowania prezydenta, który potrafił zmienić nadwyżkę budżetową w bilionowy deficyt, wszyscy Amerykanie mają zapewne dość nazwiska Bush... Wszyscy? Nie całkiem. W niedawnym wywiadzie dla stacji Fox News George Bush senior stwierdził, że ma nadzieję zobaczyć kiedyś w Białym Domu swojego młodszego syna, Jeba. Były gubernator Florydy już teraz ma być zdaniem głowy rodu przygotowany do sprawowania najwyższego urzędu. Rzeczywiście, John Ellis „Jeb” Bush zawsze uchodził za tego inteligentnego członka prezydenckiej rodziny. Dodatkowo podczas swoich rządów na Florydzie zdobył popularność wśród tradycyjnie prodemokratycznych mniejszości: Latynosów, Afroamerykanów, Żydów i Haitańczyków. Jest tylko jeden, za to na chwilę obecną dyskwalifikujący problem – jego starszy brat.
Dla ambicji prezydenckich Jeba dobrym przetarciem byłyby wybory do Senatu na Florydzie w przyszłym roku, ale sam zainteresowany oznajmił, że nie zamierza startować. Jeśli ktoś z rodziny Bushów będzie jeszcze liczył się w wyścigu o Biały Dom, osiągnie to moim zdaniem syn Jeba, George Prescott Bush. 32-letni bratanek obecnego prezydenta zajmuje się na razie handlem nieruchomościami i szkoleniem na oficera wywiadu marynarki wojennej, ale nie wyklucza zajęcia się w przyszłości polityką.
BOBBY JINDAL
Polityk z Luizjany nie jest jedynym młodym i zdolnym republikańskim gubernatorem – warto wymienić chociażby Charliego Crista z Florydy czy Marka Sanforda z Karoliny Południowej – ale wyrósł spośród nich na największą gwiazdę. Przemawia za nim wiek – urodził się 10 lat później od Obamy, więc w następnych wyborach przewaga młodości byłaby po jego stronie – oraz pochodzenie. Jindal, syn imigrantów z Pendżabu, co widać po jego karnacji, może stanowić wręcz wymarzoną odpowiedź Republikanów na Baracka Obamę. Nie miałby również problemów z pozyskaniem republikańskiego elektoratu – ze swoim poparciem dla kreacjonizmu w szkołach i posiadania broni oraz sprzeciwem wobec aborcji jest już czasem określany jako najwybitniejszy prawicowy polityk od czasów Ronalda Reagana. Te silne strony mogą być jednak także mankamentami. Eksponowanie swoich poglądów utrudni mu sięgnięcie po centrowy elektorat. Ponadto w 2012 roku Jindal będzie miał zaledwie 41 lat, co zrodziłoby zapewne wątpliwości o jego doświadczenie. Z drugiej strony w takiej sytuacji gubernatora Luizjany może natchnąć historia Aleksandra Kwaśniewskiego, który miał tyle samo lat w momencie triumfu nad Lechem Wałęsą.
Jindal na razie ucina spekulacje odnośnie jego startu w wyborach, mówiąc, że chce ubiegać się o reelekcję w 2011 roku. Przy jego wieku nie oznacza to jednak wcale porzucenia prezydenckich ambicji. W 2016, a nawet 2020 roku dalej spokojnie mógłby odgrywać rolę gwiazdy nowego pokolenia polityków. Jeśli po drodze nie zatopi go jakiś skandal, przyszłość należy do niego.
Maciej Józefowicz
Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (3)