Zabiegi o nominację byłego gubernatora Arkansas, znanego przede wszystkim z tego, że poparcia udzielił mu Chuck Norris, były przyjmowane na świecie, a pewnie nawet i w Ameryce, z pewnym przymrużeniem oka. Kandydat wojującej religijnej prawicy i przyjaciel mistrza kopniaków z półobrotu może i wyglądał nieco groteskowo, ale swoje szanse na scenie politycznej traktuje jak najbardziej serio. Dowodem na to było porównywanie się Hucka podczas prawyborów do Ronalda Reagana w 1976 roku. Były gubernator Kalifornii przegrał wtedy o włos walkę o nominację z Geraldem Fordem tylko po to, by cztery lata później zwyciężyć i przejść do historii.
To prawda, pod względem wyznawanych poglądów Huckabee to ekstrema, ale potrafi to przykryć miłą powierzchownością. Przy całym swoim radykalizmie nie sprawia wrażenia wojującego fanatyka, a przeciwnie – całkiem miłego faceta. Niemal tak miłego, jak Obama. W starciu na wizerunki Huck nie stałby na straconej pozycji, co mogłoby dać mu poparcie wśród niezależnych wyborców, którzy polityką zajmują się od święta. Połączenie konserwatyzmu obyczajowego z gospodarczym populizmem zapewniłoby mu ponadto głosy błękitnych kołnierzyków – białego, niezamożnego elektoratu, któremu podczas demokratycznych prawyborów elitaryzm Obamy niezbyt przypadł do gustu.
Problem za to będzie w utrzymaniem konserwatywnej retoryki na wodzy. Huckabee jest utożsamiany z Południem i całym jego fundamentalistycznym bagażem tak bardzo, jak tylko możliwe i musiałby się naprawdę pilnować, by niefortunna wypowiedź zepchnęła go z powrotem do getta religijnej prawicy. Z drugiej strony Huck ulizany, bez wypowiedzi o kreacjonizmie, gejach czy roli Pisma Świętego nie mógłby podtrzymać entuzjazmu swoich obecnych zwolenników Oczywiście jest szansa na to, że partia go wystawi. Ale jego zwycięstwo byłoby możliwe chyba tylko wtedy, gdyby Obama przyznał się, że naprawdę jest muzułmaninem i terrorystą.
W niedawnym wywiadzie dla Associated Press Huck niczego nie wykluczył, zastrzegając jednak, że 2012 rok to zbyt odległy czas, żeby czynić konkretne zabiegi. Na razie realizuje się w mediach: promuje swoją najnowszą książkę Do The Right Thing: Inside the Movement That's Bringing Common Sense Back to America i występuje jako komentator w stacji radiowej ABC. Nie rezygnuje przy tym ze swojej ultrakonserwatywnej retoryki, krytykując gejów i nawołując Partię Republikańską do zwrotu na prawo.
Gwiazda byłego gubernatora Massachusetts, którego w prawyborach pogrążyło wykazanie zbytniej chwiejności poglądów jak na prawdziwego konserwatystę, rozbłysła w momencie wybuchu kryzysu finansowego. Romney zarówno na gubernatorskim fotelu, jak i na stanowisku szefa komitetu organizacyjnego zimowych igrzysk w Salt Lake City, uchodził za specjalistę od załatania choćby najbardziej dziurawego budżetu. W efekcie wielu prawicowych komentatorów wysunęło tezę, że w określonej sytuacji gospodarczej to właśnie on, nie McCain, byłby najlepszym wyborem Republikanów. Ten sam argument powtarzany jest przy ocenie jego szans za cztery lata. Dodawszy do tego poparcie republikańskiego establishmentu i dostęp do funduszy nieporównywalnie lepszy niż w przypadku McCaina uzyskujemy całkiem poważnego kandydata. Liberalne poglądy, które przeszkodziły mu w tym roku, za cztery lata mogą okazać się zaletą. W odróżnieniu od Huckabee’ego Romney nie byłby kandydatem getta i mógłby dotrzeć do szerokiego spektrum wyborców.
Z drugiej strony rok 2012 to nie 2008. Prędzej czy później gospodarka amerykańska musi wrócić na drogę rozwoju. Nawet, jeśli Obama nie przyłoży ręki do poprawy sytuacji, i tak pójdzie ona na jego konto. Republikanom trudno będzie odpowiedzieć na takie osiągnięcie.
Paradoksalnie, Romneyowi przeszkadza również to, że… wygląda zbyt prezydencko. Podczas ubiegłorocznych prawyborów usiłował zrobić na wyborcach wrażenie swoją dystyngowaną, stateczną postawą. W rezultacie elektorat uznał go za zbyt oschłego i wyniosłego i przerzucił się na bardziej naturalnego McCaina czy Huckabee’ego. Żeby mieć szanse za cztery lata, Romney musi zdecydowanie popracować nad wizerunkiem. Problemem może być również wiek. Romney w 2012 roku będzie miał 65 lat. W porównaniu z ciągle dosyć młodym Obamą może to być za dużo. Jego kandydatura ma według plotek budzić również sprzeciwy rodziny.
Sam polityk oświadczył już, że uważa kolejny start za nieprawdopodobny. Nie przeszkodziło mu to w ustanowieniu własnej fundacji Free and Strong America. Oficjalnie ma ona wspierać konserwatywnych kandydatów na urzędy publiczne, znaczną część pozyskanych funduszy zachowuje jednak dla siebie. Może to świadczyć o budowaniu przez Romneya zaplecza finansowego do jego dalszych politycznych starań.
Maciej Józefowicz
Przeczytaj również:
- Pastor łaskawy dla gwałcicieli - Mike Huckabee
- Niewybredny żart Huckabee'ego: zamach na Obamę
- Mike Huckabee: Chuck Norris Approved!
- Mitt Romney - konserwatywny ekolog z głową do interesów
- Dwie kaczki w USA
Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl


Komentarze
Pokaż komentarze