W naszym filipońskim Klasztorze nie byłam od dawna. Chodziły o nim jakieś dziwne słuchy. No cóż - przyznaję się do błędu i uleganiu stereotypom - Klasztor to jest to!
Klasztor w połowie ubiegłego wieku przeszedł w ręce prywatne rodziny Ludwikowskich. Swoich dni dożywały tam dwie siostry – Fima i Lena - wspaniałe, pełne uczciwości kobiety. Znałam je obie i śmierć obu szalenie mnie zabolała. Dzisiaj Klasztor objął wnuk najstarszego z Ludwikowskich, Tomek, człowiek, którego poznałam, jak jeszcze pacholęciem był. Siostry dawno nie żyją, podobnie jak dziadek Tomka.
Klasztor zmienił się nie do poznania - z koszmarnej rudery, pełnej dziwnych sypiących się stodół, zmienił się w fajne miejsce. Jest pomost - co prawda za krótki i na beczkach, więc nie dość, ze się chybocze, to jeszcze wali o wodę, płosząc ryby, jest knajpka - trochę prowizoryczna, ale Tomek pokazał mi świetnie przystosowany stary spichlerz na ziarno - z którego Fima kiedyś targała koszyki z ziarnem dla kur - znakomicie zrobiony, z ciężkim belkowaniem stropu, trochę w rustykalnym stylu - jest i piwko i lody. Można coś zjeść i postawić namiot, tudzież przyczepę. Czegóż więcej trzeba?
Klapnęłam na pomoście z piwkiem, które przez przypadek podpiłam Tomkowi. Miałam mały zestawik na żywczyka - Wojtek pociął mi siatkę, a w nocy wypływam na coś większego. Na haczyki 10 brały ukleje, koło mnie kilku panów trzaskało na Dusiu spore płocie, takie po pół kilo. Cholera mnie brała, bo mogłam wziąć większy zestaw. Trudno, za głupotę się płaci. I tak za cztery godziny idę na coś większego, a trupki, tudzież żywczyk przydadzą się i to bardzo.
Siedziałam na pomoście, w przerwach dyskutując z Tomkiem i jego zoną sprawę naszej podstawówki, do której niebawem pójdzie Wojtek, a do której chodzi syn Tomków. Fajnie było. Kiczowaty zachód słońca, zanurzający się co chwila spławik... No i 200 metrów do domu.
Popatrzyłam na klasztorne zabudowania... Tu siadywała Lena, tu kury zaganiała Fima. Tam siedziałam z babcią Tomka, tu, kiedy zdawałam maturę na szczęście biły dzwony... Tam babcia Tomka dawała mi mleko i zawsze dokładała ser i masło. Boże, jaka ja jestem stara. Pamiętam Lenę przed moją maturą – uparłam się i pojechałam tuż przed egzaminami w Karkonosze. Był akurat strajk DOKP. Nie miałam jak wrócić, jakimś cudem załapałam się na stopa. Moje pieniądze były nic nie warte - dzień wcześniej była denominacja złotego. Za kasę, za którą kilka dni wcześniej mogłam kupić bilet lotniczy do Warszawy, mogłam kupić serek homogenizowany. Zdążyłam. Wpadłam do domu, żeby się przebrać (maturę zdawałam w Szczytnie). W domu siedziała siostra Lena.
-Patrz, Kasi - powiedziała Lena takim śpiewnym głosem do mojej mamy - Jest. I zda. A na pociąg zdąży. My się pomodlim.
Zdążyłam. Zdałam, miałam średnią 5. Fima wisiała na sznurze dzwonów, ale ja tego już nie słyszałam. Zdawałam egzaminy na socjologię. Potem na polonistykę. Oba zdałam. Z siostrami spotkałam się już jako świeżo upieczona studentka. Dzięki nim zdałam kilka egzaminów ze starocerkiewnosłowiańskiego. Pamiętam, jak Lena mnie poprawiała, a ja z podręcznikiem w ręku się z nią kłóciłam. Miała rację, cholera. Ona tym językiem władała od dzieciństwa. Pamiętam minę egzaminatora:
-Skąd pani to zna? Tu rzadko spotykane.
-Od sióstr, proszę pana.
-Jakich sióstr?
-Naszych.
-Mogę je poznać?
Po latach mogę powiedzieć
-Nie, nie może pan, proszę pana. One poznawały tylko tych, których chciały. Nie zrozumie pan tego.
Dzisiaj te odwiedziny w Klasztorze były pełne wspomnień. Jutro po prostu pójdę tam na ryby.
Jak to było, Tomek? Czasy się zmieniają.
Masz rację.
No i w ten sentymentalny sposób wiecie, gdzie mieszkam...


Komentarze
Pokaż komentarze (6)