Boćki odleciały. Od kilkunastu dni na niebie gromadziły się fantastyczne sejmiki - kilkadziesiąt bocianów z całej okolicy (a jest ci u nas multum gniazd) krążyły nad naszymi głowami. Wreszcie nasze gniazdo opustoszało. Stoi samotne i czeka na wiosnę, kiedy to największym wydarzeniem na naszym przysiółku będzie powrót skrzydlatych gospodarzy. Na przełomie marca i kwietnia przybiegnie do nas Jureczek z krzykiem, że już są. A potem będziemy z niecierpliwością i fascynacją oglądać każde wynurzające się spod ziemi źdźbło trawy, każdy listek na żywopłocie. Zakwitnie czeremcha, potem bez i na końcu jaśmin. Jabłonka pokryje się kwiatami, zakwitną róże i peonie... Wyklują się nowe boćki. Ciekawe ile? W tym roku były trzy.
A do tego czasu czeka nas koszmarna, mazurska jesień, zawsze słotna i zimna. Potem śnieg, koleiny i mróz. Palenie w piecu, codzienne jazdy do przedszkola po wyboistej drodze.
Nic - trzeba się cieszyć z resztek lata. Jabłka sobie spadają, śliwka obrodziła, na sumaku pojawiły się czerwone „świeczki”, a na jarzębinie grona paciorków. Skończyły się czarne jagody, ale wczoraj znaleźliśmy sporo dojrzałych, ciepłych od słońca jeżyn. Na szczęście jeszcze nie opadają liście. Jutro muszę zamówić węgiel na zimę i pojechać do leśniczówki po drewno. Wojtek wyrósł z ciepłych kurtek - strasznie mi tego lata skoczył w górę. Za chwilę poczerwienieje dzikie wino obrastające nasz dom.
Lubię tę przewidywalność i powtarzalność.
Jesień idzie. Nie ma na to rady.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)