Dzisiaj miałam szczęście - na ryby poszłam sama. Dosłownie, bo mój nieodłączny syn powędrował na kinderbal do sąsiadów. Nie byłam mu potrzebna do szczęścia, poza tym na większą ilość dzieci reaguję niezbyt dobrze, postanowiłam więc pożytecznie spędzić czas.
Na pomoście spotkałam młodego człowieka, który warzył coś w menażce. Szło mu niesporo, bo z rondelka wydobywały się kłęby dymu. Mieszanie, potrząsanie i regulowanie palnika tylko podsycały ogień. Co jakiś czas młody człowiek podnosił głowę i krztusząc się krzyczał w kierunku krzaków:
-Już, kochanie, już! Zaraz będzie!
Krzaki nie odpowiadały, a młody człowiek dorzucał do garnka jakiś ingrediencji, zapewne celem podsycenia gwałtownego procesu utleniania.
Usiadłam na przeciwległym brzegu pomostu, co w niczym mi nie pomogło, bo wiatr kręcił i zawiewał na mnie uroczy smrodek spalonego mięsa. Co jakiś czas buchały kłęby pary, kiedy to dzielny kucharz dolewał wody.
-Już, kochanie! Już! - wołał w stronę milczących krzaków, w rytmicznych odstępach.
Ryby brały raczej średnio, ale coś tam trafiłam. Zajęta obserwacją poczynań mojego sąsiada jakoś z rzadka zwracałam uwagę na spławik. Poza tym korciło mnie, żeby zajrzeć w te krzaki...
Zachód byłby pewnie bajeczny, gdyby nie zasnuwał go dym z kociołka. Jedyną dobrą stroną medalu było to, że oprócz mnie nikt na pomost jakoś nie właził.
-Już, już, kochanie! - pokrzykiwał mój sąsiad.
Posiedziałam do późnego zmierzchu. Musiałam wracać po syna.
I w ten sposób opowieść nie będzie miał the pointy - nigdy nie dowiem się, co dalej było z kolacją i jak wyglądało „kochanie” z krzaków. To mogła być kobieta. A mógł być ukochany pies. Mogło też po prostu chodzić o miłość do krzaka. A mogła to być ściema, odwracająca uwagę obserwatorów od dymiącego kociołka.
Tego się już nie dowiem, a ciekawość mnie zżera.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)