Mam jakieś dziwne szczęście do ludzi. Nie wiem, skąd się to bierze, ale z rzadka spotykam chamów, drani i zwykłych skurwysynów.
O poranku pojechałam do Piszu. Najpierw Urząd Pracy.
Muszę się rozliczyć z dotacji, jestem spóźniona o dobre trzy tygodnie. Normalnie powinnam dostać pisemko, ze mam dotację zwrócić w ciągu miesiąca i cześć pieśni. Wchodzę do biura z lekka spanikowana, witają mnie trzy przemiłe niewiasty. Po dwudziestu minutach wszystko jest załatwione i podpieczątkowane. Fajna, zupełnie luzacka atmosfera. Napisałyśmy wspólnymi siłami jakieś pismo, coś dołożyłyśmy i już. Po sprawie.
Kolejny przystanek – mój księgowy. Świetny, starszy pan z marsem na czole i kresowym akcentem, Szalenie dokładny. Ma ze mną problem, bo nieustająco coś gubię. W biurze wita mnie jego szalenie sympatyczna i ciepła żona, z herbatą. Poplotkowałyśmy chwilę, siadamy do rozliczeń. Moja poprzednia księgowa spieprzyła, co się dało. Nic to - jakoś się wyprostuje, chociaż z przemówienie Pana Czesława nic nie rozumiem. Grunt, że będzie dobrze. Mam tylko zawieźć spóźniony papierek do Urzędu Skarbowego.
W skarbówce lekka panika, bo papierek, który miała przesłać poprzedniczka pana Czesława, jest przeterminowany o dobre półtora miesiąca. Wylądowałam u szefowej skarbówki. Nazwisko mojej poprzedniej księgowej wyjaśniło sprawę, zanim ja zaczęłam się tłumaczyć.
-Wie pani co? Właściwie, to nie jest istotna sprawa... No tak, moglibyśmy z tym domiarem, ale po co? To zrobimy tak...
Po pół godzinie sprawy w skarbówce zostały wyprostowane. Odetchnęłam, bo wytrzaśnięcie 50 tysięcy to jednak pewien problem, a tyle mi groziło.
Po drodze zahaczam o mojego serwisanta komputerów. Wysypała się Vista, a ja nie mam płytek.
-Zrobimy tak – oznajmia Pan Sławek – Pani go tu zostawi, i tak ma pani drugi. Ja popatrzę, pooglądam. Jutro pani przywiozę. A kasę niech pani schowa, policzymy się później. Z dojazdem do pani... Ale pani go sama przywiozła. No muszę przeinstalować. Dobra - dwie dychy. Ale potem, bo jak coś będzie nie tak? To jutro będę.
Do mnie od pana Sławka jest 30 kilometrów. Tanio jakoś...
-Znamy się nie od dzisiaj. Dwie dychy, powiedziałem! I wypad, bo mam klienta na kredyt!
Wracam do domu, po drodze wpadam do Nidy, do sklepiku z wędkami. Mam cholerną ochotę na sześciometrówkę. Mój ulubiony – a poza tym bardzo ozdobny – sprzedawca z marsową miną przygląda się moim poczynaniom.
-Po cholerę ma pani tyle płacić?! - oburzył się w końcu, widząc, ze przymierzam się do kija za całe 59 złotych - O, tu ma pani coś lepszego. Tak jak pani chciała, miękka szczytówka, cztery i pół, ciężar wyrzutu...
Pogadaliśmy o kijach, kupiłam, zapłaciłam. Za Mistrala z ceramicznymi przelotkami dałam całe 10 złotych.
-Pani woli twardą, prawda? - zawrócił mnie z drogi szef od ryb – To ma pani jeszcze twardą szczytówkę. Od firmy. Dokładam robaki gratis. A ten woblerek to 30 groszy. No co? Nie można zaszaleć?
Dokupiłam jeszcze żyłkę, spławik na grunt i obrotówki. W sumie gdzieś około 30 złociszy.
Przyjeżdżam do domu, a tam kilka osób w galerii. Poszło praktycznie wszystko, co miałam. Ostatnia była nieznana mi pani, która upodobała sobie kilka witrażyków. Kupiła i wyciąga do mnie 200 złotych. Cholera, ja też takie mam, ale wydać nie mam.
-Proszę to wziąć – wepchnęłam jej witrażyki do rąk - Nie mam wydać, zapłaci Pani później. Proszę mi wybaczyć kłopot.
15 minut później pojawiła się pani z pieniędzmi i kupą klientów do mojej galeryjki. Pani nie dość, ze dotrzymała słowa, to jeszcze dala mi sporo zarobić. Wepchnęłam moim klientom duży kosz jabłek i umówiłam się z nimi dzisiaj na pomoście. Wszyscy to lubimy, a ja wypróbuje moją nowa wędkę.
„Powiedz mi, zacny Fagocie, twoim zdaniem mieszkańcy Moskwy bardzo się zmienili?”
-Nie, Messer. Są, jacy byli. Źli, dobrzy... Więcej jest tych drugich. Ale jedno bez drugiego nie mogłoby istnieć.
Więc kimże w końcu jesteś?
Jam częścią tej siły, która zła pragnąc, wiecznie czyni dobro.
I tym filozoficznym akcentem zakończmy nasze dywagacje.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)