Późny wieczór, spadaja gwiazdy. Mój syn dawno śpi, a ja z kotem na kolanach siedzę na werandzie. Kot mruczy, a ja dumam. Nad notką Lestata.
Popijam piwo z puszki i jestem myślami gdzieś, z małą dziewczynką. Tam, w Gdańsku, Roku Pańskiego 1939.
Moj kot wtula się we mnie, dookoła spokój. A mała dziewczynka umiera.
Pieć lat po jej smierci w mojej wsi nastało dziwne podniecenie - będa nas wywozić do Reichu. Kilkaset osób gromadzi sie w mroźną, lutową noc w gospodarstwie w Wygrynach. Wśród nich było pewnie kilkadziesiąt Erwinek. W nocy zamarzły. Statek nie przypłynął, nie było podwodów. Starcy, kobiety i dzieci tulili się do siebie, zeby złapać resztki ciepła. Ile z tych dzieci było w wieku mojego syna?...
Siedzę sobie tak na werandzie z lapem na kolanach i patrzę w spadajace gwiazdy. Podobno jedna gwiazda, to jedno spełnione życzenie. Myślę sobie: zeby to nie był moj syn. Zeby to nie było moje dziecko.
A dzieci z Wygryn nawet nie mają kamienia. Jeśli to miałoby być moje dziecko, niech chociaż kamień po nim zostanie.
Lestat, dziękuję. Będziemy z misiem, obiecuję.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)