Wieczorem załadowaliśmy z Wojtkiem wędki do plecaka, dołożyliśmy ręczniki i majtki zastępcze. Syn uznał, ze dzisiaj jest świetny dzień na kąpiel.
Wojtek hasał przy brzegu, a ja na pomoście łowiłam ryby, w towarzystwie dwóch sympatycznych starszych panów. Słońce było jeszcze dość wysoko, ale z gruntu brały całkiem niebrzydkie płocie. Tak w połowie drugiego kilograma łupów na pomoście pojawiła się Pani z dzieckiem w wieku lat około 4. W ten sposób fascynująca dyskusja o sposobach łowienia na mormyszkę i wędkarstwie podlodowym została brutalnie przerwana.
-Hi hi, możemy się przysiąść? – zapytała pani, dość retorycznie, bo zanim ktokolwiek z nas zdążył odpowiedzieć rozlokowała się na pomoście i zaczęła wyciągać z plecaka kanapki, soczki i zabawki - To moja córeczka. Śliczna, prawda? Lenuniu, powiedz dzień dobry.
-Zamknij się - odpowiedziała urocza córeczka - Loda chcę! Już!
-I taka dojrzała, jak na swój wiek - cieszyła się pani - Oj, Lenuniu, nie patrz na tę biedna rybkę! Ona jest taka wrażliwa, czy mogłaby pani nie pokazywać jej takiej makabry?
-Łeb jej urżnij! - podskakiwała z zachwytu Lenka - Urżnij jej!
-A państwo tak dla rodziny te rybki łowią? Żeby mieli co jeść? - użaliła się pani, patrząc na mój kołowrotek za 4 stówy - Tam taki biedny chłopiec się kąpie. Taki brudny, nieboraczek. Pewnie rodzice piją gdzieś w krzakach. Tak to już dzisiaj jest...
-To mój syn - odparłam z niejakim zdziwieniem, bo Wojtek akurat dzisiaj był wyjątkowo czysty jak na siebie.
-Och, to będzie pani miała dzisiaj dla niego kolacyjkę, prawda? Naje się chłopczyna...
Lenka w tym czasie zajmowała się rybami w wiaderku.
-Czy może pani poprosić córeczkę, żeby nie międliła ryb? - zapytał jeden ze starszych panów.
-Flaki jej wypłynęły! - oznajmiła przeszczęśliwa Lenka, patrosząc na żywca płoć - Jak się ściśnie, to wypływają!
-Och, Lenuniu! Rybkę to boli!
-No i dobrze - odrzekła dziewczynka rezolutnie, wyławiając z wiadra kolejną ofiarę.
-Czy może pani zabrać to dziecko?! - nie wytrzymał nerwowo jeden z moich towarzyszy.
-Ona się tylko tak bawi - odpowiedziała urażona pani
-Może następnym razem panią wypatroszy? - mruknął z nadzieją pan.
-Idź kochanie, pobaw się z tym biednym chłopczykiem – zakwiliła piskliwym głosikiem pani.
-Pieprz się - zripostowało urocze dziecko- Idź mi loda przynieś!
-Ależ kochanie, jadłaś już dzisiaj lody... Mamunia pieniążków nie wzięła...
-Wojtek, pozwól na chwilę - przywołałam syna – masz tu kasę, kup lody dla siebie i dla Lenki.
-Ja się chętnie dołożę – zgrzytnął zębami jeden z panów, usiłując wyplątać Lenkę z kilometrów żyłki - Może pani coś chce? Niech pani pójdzie z córeczką, tam posiedzieć można...
-Idź sama Lenuniu - zapiszczała pani - Tu pani dała więcej pieniążków. Weź mamuni piwko. Tylko, żeby zimne było.
-Mama, Tomek nam piwa nie da. Za mali jesteśmy - powiedział Wojtek
-Poproś Tomka, żeby podrzucił na pomost. Weźcie, co chcecie. Zapłacę przy wyjściu.
-To może jednak pani z nimi pójdzie - zaproponował jeden z panów
-Lenunia jest taka samodzielna... Poradzi sobie. Tylko to wiejskie dziecko... ---Chłopczyku pamiętaj, że Lenka jest delikatna. Musisz jej pilnować!
-Dobrze, proszę pani - odpowiedział Wojtek
Tomek podrzucił piwo, pani zajęła się sondowaniem puszki. Przy okazji dowiedzieliśmy się szczegółów z życia Lenuni. Fascynujących. Dzieci wróciły całe i zdrowe.
-Mama, co to znaczy „pierdol się chuju”? - zapytał Wojtek.
Opadła mi szczęka.
-No wiesz... - zaczęłam inteligentnie - A skąd ty to znasz?
-No tak! - wyraziła oburzenie pani, znad puszki z piwem - Tak to już jest z tymi wsiowymi dzieciakami! Uczą Lenuni takich brzydkich wyrazów!
-Wojtek? O co właściwie chodzi?! - usiłowałam zadziałać pedagogicznie.
-Nie powiem. To moja tajemnica – odrzekł mój syn
Ściągnęliśmy kije. Po drodze wpadłam uregulować rachunki.
-Co to za dzieciak?! - zapytał mnie Tomek – Wybiera lody, w końcu daję jej jakiegoś takiego waniliowego. I wiesz co ona na to?
-Domyślam się.
-Słuchaj, szczęka mi opadła! To koleżanka Wojtka?! Weź się zastanów, z kim on się bawi. Cholera, żeby ten sezon już się skończył... Weź kasę, ten facet, co z toba łowił już zapłacił.
Poszliśmy do domu, a moje dziecko z lubością przyswajało nowe słownictwo. Dobrze, że parę płoci wpadło – mam mu co dać na kolację. Inaczej pewnie z głodu by umarł, niebożątko.
-Mama, ale koty się ucieszą z tych rybek! Myślisz, że dziadek wie, co to znaczy? Ja go zapytam. A Lenunia jest super! Zaprosimy ją do nas do domu?- podskakiwał mój syn.
Obawiam się, że czeka mnie poważna rozmowa z własnym ojcem. Cholera. Dobrze, że koty dostały bakszysz. Może ojcu do rana przejdzie.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)