To było kilka lat temu. Wojtek - nieżyjący już dziś Ojciec mojego dziecka - umówił mnie ze swoim przyjacielem Romualdem Szeremietiewem w jednej z piaseczyńskich knajp. Chodziło o teksty w Rzepie. Miałam sprawdzić, o co w tym chodzi.
Przy rozmowie byłyśmy dwie – ja i Aga, moja przyjaciółka, wówczas dziennikarka gazety Bogny Janke. Szeremietiew pokazał nam jakieś papiery- w większości znane nam juz teksty z Rzepy - ale przede wszystkim piliśmy metaxę i usiłowaliśmy wzajemnie przekonać się do swoich racji, Ja byłam na nie, Aga zdania nie miała, Szeremietiew epatował swoją wielkością, możliwościami i nazwiskiem.
Pamiętam, że to był czas, kiedy żona Szeremietiewa - Iza - szefowa biblioteki w Zalesiu i radna gminna, w odpowiedzi na zarzuty w sprawie męża wycofała się z komisji etyki. Sprawa była parszywa, nawet popełniłam jakiś tekścik w lokalnej gazecie o tym, że nie można żony winić za grzechy męża. Oberwałam za to równo, bo Iza była parszywą owcą i wszyscy w tym czasie przechodzili na dugą stronę ulicy, byleby nie podać jej ręki. Mimo to Szeremietiewa nie cierpiałam i pewnie to moje „niecierpienie” w jakimś sensie zaważyło na naszych stosunkach.
Rozmowa z Szeremietiewem była trudna. Przede wszystkim chciał żebym opierała się jedynie na jego słowach, zasłaniając się jakąś ”tajemnica państwową”, za która i mnie i jego miałby ścigać prokurator. Zero papierów, zero dowodów. On i metaxa. Oboje wiedzieliśmy, ze za sobą nie przepadamy. Wojtek - także obecny przy tej rozmowie - usiłował sprawę stonować, bo zanosiło się na grubsza awanturę. Całość była mało profesjonalna.
Szeremietiew – świetny, rubaszny gawędziarz - usiłował mnie zakrzyczeć, ja dostałam cholery. Broniłam Izy, ale zupełnie nie widziałam powodu, dla którego bez twardych papierów w garści miałabym stanąć za tym facetem. Do tego na myśl przychodził mi nie tak dawny z nim wywiad, przeprowadzany w jego gabinecie. Za biurkiem stała naturalnej wielkości zbroja husarska, a Szeremietiew miał na sobie jakiś dziwny mundur bez dystynkcji.
W pewnym momencie Aga wywołała mnie za drzwi - „Ty, on kurwa ma chyba rację...”. Też to czułam, ale nadal byłam na nie, żądając papierów i dowodów. Bez tego w ogóle nie było o czym mówić. Dałam znać redakcji i czekałam na jakiekolwiek bumagi. Nigdy ich nie dostałam, chociaż w zamian dostała kilka telefonów z pytaniem, co dalej z tym tekstem.
Aga swojego tekstu nie puściła. Nie wiem nawet, czy jej szefostwo o tej rozmowie wiedziało. Ja też nie - nie było z czego rzeźbić.
Nadal nie przepadam za Szeremietiewem. Wkurza mnie, nie lubię głupiego szpanerstwa. Chociaż - to mu trzeba przyznać - gawędziarzem jest znakomitym. I ma cholernie mocną głowę. Swoją sprawę wygrał. Nie mam wyrzutów sumienia i nie czuje się niespełniona, bo nie dane mi było stanąć przeciwko Rzepie. Nie, bo nie napisałam i nie napiszę tekstu bez twardych dowodów, a tych nie dostałam. Mimo wszystko - gratuluję. Aga miała czuja.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)