Mam alaskana malamuta - olbrzymiego, niemal 70 kilowego zwierza o powalającej urodzie i fantastycznym charakterze. Luna ma 7 lat, trafiła do mnie 6 lat temu z konstancińskiej lecznicy - zabiedzona, pobita przez poprzedniego właściciela. Zaczęła się do mnie uśmiechać po pół roku. Teraz jest psem na schwał, chodzi w zaprzęgach i jest najlepszą przyjaciółką mojego synka. Kocham tego potwora na zabój, darowuję mu wszelkie zagryzione kury i króliki. Wieczorami Luna biega po sadzie o ogrodzie, w dzień niestety nie - veto założyli sąsiedzi, którym zeżarła wszystkie kaczki. Każdego dnia, późnym popołudniem idziemy pobiegać - Luna w uprzęży ciągnie rower po leśnych dróżkach. Bywa, że w ten sposób robimy 40 kilometrów. Mojego psa zna cała wieś - bydlę z niego nieprzeciętnie sympatyczne.
109
BLOG
Luna, czyli skąd wziąć następnego psa.
Dzisiejszego wieczoru Luna nie wróciła z łazęgi. Ze zjeżonym włosem poszłam jej szukać. Wojtek nie spał, siedział w łóżeczku i zamartwiał się o swoją czworonożną ulubienicę. Wzięłam ze sobą Jeżowatego - kto jak kto, ale on Lunę znajdzie.
Przekopałam okoliczne pola - nic. Szosę (moze ktos ja potrącił) - znowu nic. Weszłam w las. Około 2 w nocy usłyszałam skowyt - kto słyszał kiedykolwiek głos alaskana, ten wie, że jego wycie jest niepowtarzalne. W dość głębokim jarze ze 300 metrów od domu znalazłam mojego psa - ugrzązł w pętli wnyków. Na szczęście przymocowana do giętkiego drzewa pułapka nie zadziałała do końca - pies nie zwisł w niej, tylko leżał na ziemi, z zaciśniętym drutem wokół lewej przedniej łapy. Widać było, że ostro walczył, bo ziemia wokół była poryta, a na okolicznych krzewinkach było pełno krwi.
Wyswobodziłam psa i jakimś cudem - przy mojej gigantycznej wadze 40 kilo - dotachałam go do domu. Częściowo niosłam, częściowo pchałam. Przejście 300 metrów zabrało mi półtorej godziny. W domu okazało się, że łapa jest w strzępach – zwisająca skóra odsłaniała kość, przecięte były ścięgna i mięśnie. Zadzwoniłam do Pana Edmunda - przyjechał po 20 minutach. O 4 rano doszliśmy do wniosku, że czekamy do 8, wiozę psa do niego do lecznicy (akurat zaczął się trudny poród u klaczy z Wygryn) i robimy, co się da.
Punkt 8 stałam w drzwiach lecznicy - Pan Edmund, zarośnięty i niewyspany po nieprzespanej nocy, raźno zabrał się do dzieła. Luna dostała „głupiego jasia” i po chwili zwaliła się na podłogę. Krew nie robi na mnie wrażenia, igły, szycie, cięcie - też nie. Jak zwykle asystowałam Panu Edmundowi, w duszy przeklinając bezduszną komisję na SGGW, która 20 lat temu oblała mnie z chemii, kiedy to zapragnęłam zostać weterynarzem. Patrzyłam na Pana Edmunda - starszy pan, po 70, z ogromnym skupieniem szył rozwaloną łapę. Postawiliśmy sobie na stole operacyjnym dwa kubki z kawą i słaniając się na nogach robiliśmy swoje. Przy okazji sprzedaliśmy sobie najświeższe ploty z okolicy, wspomnieliśmy Mercedes - cudowną spanielkę Pana Edmunda, która wczoraj odeszła po 19 latach szczęśliwego życia, wypłakałam się z żoną Pana Edmunda - Panią Jolą, przedyskutowaliśmy kwestię kleszczycy i łowienia na spining.
Po zabiegu Luna dochodziła do siebie na podłodze, a do Pana Edmunda przyszedł zapłakany młody człowiek z potrąconym psem. Znalazł go gdzieś na drodze i przywiózł. Pies był mały, ale gryzł jak cholera. Zanim go okiełznaliśmy, poszło kilka plastrów. Następna godzina upłynęła nam na zszywaniu kolejnego nieszczęścia. Chłopak siedział z Panią Jolą na kawie i oboje zalewali się łzami, a my pilnie składaliśmy zwierza do kupy. Młody człowiek nie dość, że zapłacił za wszelkie zabiegi, to do tego zabrał psa ze sobą, do Warszawy.
Operacja trwała do 12, godzinę później Luna była w domu, z założonym opatrunkiem, 40 szwami i lekka kołowacizną we łbie.
W domu czekała na mnie pani, która wstawia do mojej galerii swoje grafiki. Przeprosiłam za spóźnienie (byłyśmy umówiona na 10, ale jakoś o tym zapomniałam). Okazało się, ze pani jest psiarą i nie tylko nie miała pretensji, co zaoferowała pomoc przy wynoszeniu Luny z samochodu.
Po kilkunastu minutach przypomniałam sobie, że nie uregulowałam rachunku... Dzwonię do Pana Edmunda:
- Tia... Policzmy... Materiały, robocizna, minus asysta przy wrednym połamańcu... No dobra. Póki co jestem pani winien 6 złotych.
Zgłupiałam doszczętnie.
- Antybiotyk rano i wieczorem, jutro przyjadę na zmianę opatrunku, to się wyrówna - kontynuował podliczanie Pan Edmund - Potem zastrzyki... Kupiła pani? Dobra. No to jeszcze będę pojutrze... I tak do poniedziałku... Z tego wniosek, że jesteśmy kwita. Ale mam interes...
I w ten sposób za tydzień przychodzi do mnie kolejny pies - tym razem bernardyn. Półroczny, ktoś wyrzucił go z samochodu.
No cóż, Panie Edmundzie - dla Pana wszystko.
Chciałam Wam pokazać Lunę i Wojtka, ale coś sie spsiło i mi nie wychodzi.....
Ale dzięki pomocy pany Wodzianny jednak Lunę i Wojtka (miał wtedy półtora roku) zobaczyliście. Nie wiem, jak Jej się to udało, ale jestem dozgonnie wdzięczna.



Komentarze
Pokaż komentarze (17)