Voit Voit
54
BLOG

Dzień jak co dzień.

Voit Voit Rozmaitości Obserwuj notkę 5

Dzień zaczął się dla mnie dość dramatycznie – Wojtek po raz pierwszy w życiu pojechał do przedszkola gimbusem. Do tej pory woziłam go sama. Przyszedł czas na usamodzielnienie malucha, który 20 września skończy 5 lat. Cali przejęci poszliśmy dwa domy dalej. Gimbus przyjechał idealnie punktualnie,  Wojtka przejął pan opiekun, też bardzo zaaferowany. Była 7:15 rano. Normalnie o tej porze dopiero wstajemy do przedszkola. Wojtek był bardzo dzielny, przyznam, że ja też. Dalej dzień jak co dzień. 

 
Rano przy pakowaniu Wojtka okazało się, że lodówka jest pusta, w szafce stoi samotna mąka i nic poza tym. Na szczęście na kanapki dla syna coś jeszcze wynalazłam. Trudno – wyprawa do Nidy. 
Nie lubię robić zakupów. Wkurza mnie to niemiłosiernie. Łażenie po targu, marketach i sklepikach to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. 
 
Jadę. Mieszkam od strony Nidy (Ruciane-Nida to tak naprawdę dwa oddzielne miasteczka, połączone trzykilometrową „ziemią niczyją” zwaną Aleją Wczasów)  i tam mam wszystkie zaprzyjaźnione sklepy i kramiki. Sek w tym, że akuratnie przebudowywana jest szosa szczycieńska (nie - „szczytnowska”), więc muszę jechać przez Ruciane, czyli nadłożyć kawał drogi. Slalomem między jakimiś tajemniczymi maszynami drogowymi, słupkami i zadziwiającymi pomysłami naszych dzielnych drogowców (światła postawili! W trzech miejscach na odcinku 10 kilometrów w leśnej głuszy!) dojechałam w końcu do Nidy. Zakupy zrobiłam w błyskawicznym tempie.  Mam opracowaną metodę. W większości sklepów wystarcz krzyknąć „To co zawsze, proszę!” i wrócić po chwili, żeby odebrać zapakowane torby i uiścić należność. Co dziwne – często dostaję torby, a sprzedawca zapomina o kasie. Wszyscy mnie tu znają, więc wiedzą, że i tak zapłacę. U nas to norma -  dla tubylców obowiązują nieco inne ceny, zżyna się z turystów.
 
Mój pan od ryb dzisiaj nie otworzył sklepu. Zaniepokojona poszłam do jego sąsiadki, ta właśnie wisiała na telefonie, żeby dowiedzieć się, co się stało. Jak się okazało -  nic. Po prostu dzisiaj mu się nie chciało. Dobra – i tak wracałam przez Ruciane, więc po drodze wstąpiłam do tamtejszego sklepu wędkarskiego, mieszczącego się w nieczynnym dworcu kolejowym (tory zdjęli trzy lata temu). Nie byłam tam wieki. Pamiętam ten sklepik, kiedy sprzedawał tanie spławiki, chińskie wędki i jakiś sznurki. Weszłam i oniemiałam...    
 
Łowię od lat, na sprzęt wydaję majątek. Trochę się na tym znam. Trafiłam do raju...
 
Kije... Cholera -  od kilkuset złotych po kilkadziesiąt. Ze 100 rodzajów. Kołowrotków zatrzęsienie. Obrotówki... Zakręciło mi się w głowie. Do tego pełne pudła spławików. Pięknych! Kupiłam piąteczkę, czarno-czerwoną z delikatną antenką. W zanętach przebierałam z 10 minut. Do tego okazało się, że właścicielka świetnie zna moich rodziców, więc klapnęłyśmy sobie pod wieszakami z najprzeróżniejszymi ubrankami na wszelkie okazje (polowania, ryby, grzyby...) i zaczęłyśmy dyskusję na temat woblerów.  
 
-Cholernie się cieszę, że tak wam poszło -  powiedziałam ze szczerym zachwytem
 
-Serio? - zdziwiła się właścicielka – Jak panią zobaczyłam... Myślałam, że to dla męża, czy coś... Ale pani ma błysk w oczach jak pani patrzy na kije. Pani musi łowić, prawda? Znam pani rodziców, tyle lat... Kiedyś mi pomogli. Ja wiem, że mąż nie żyje. Na mszę chodzę za jego duszę, co pani w Nidzie zamawia. Pani mnie nie pamięta... Wie pani co? Będziemy mieli przecenę, tak w październiku. Widzi pani te spiningówki po 400 zetów? Do tego kołowrotek -  rozejrzała się po sklepie -  O! Ten! Świetny będzie! Wiem, że tata niedomaga. Wie pani co? Zrobimy tak -  pani je weźmie -  wepchnęła mi w ręce świetny kij i kołowrotek -  Po cholerę mamy na przecenę czekać... Teraz przecenimy, ludzi już nie ma. No, to za całość 140... Niech będzie dla równego rachunku żyłka, te obrotówki... Robaki pani pewnie chce? I ten spławik, no i woblerki... Dobra -  150. A za tatę się pomodlę. Dobry z niego człowiek. Taki ludzki. I do pani do galerii wpadnę, ciasta przywiozę. Dla taty, żeby w szpitalu miał. I kłaniać się od nas trzeba. Niech pani nie odmawia, mamę pani zapyta. I zawsze do nas, ja pomyślę, też łowię, a pani przyda się relaks przy rybach, tak o zachodzie słońca.     
 
Wyszłam zaszokowana. Mama nie mogła sobie przypomnieć, czym tak się zasłużyliśmy pani ze sklepu. 
 
Wojtek wrócił z przedszkola. Niestety – nasz najbliższy sąsiad, jedenastolatek, usiłował zrobić sobie z mojego dziecka worek treningowy. Wojtek wrócił z podbitym okiem. Mój entuzjazm osłabł. Do czasu, aż nie porozmawiałam z rodzicami Kuby. Dostali szału. Wątpię, żeby dzieciak ośmielił się jeszcze kiedykolwiek tknąć mojego syna. Z wrzasków zrozumiałam, że ma szlaban na wszystko, łącznie z sobotnią imprezą na początek roku. Znając Krzysiów wiem, że Kuba dziesięć razy się zastanowi zanim zaryzykuje. A że zaryzykuje, to pewne. No cóż – prędzej czy później Wojtek będzie musiał przejść chrzest bojowy. Nie mogę go ochraniać na każdym kroku, zresztą -  nie chcę.  Kupię mu drewniany piórnik i kilka równie użytecznych narzędzi. Babcia poważnie zastanawia się nad kastetem. 
 
 
Ufka, bardzo Ci dziękuję za rozmowę, za podniesienie na duchu. Nawet nie wiesz, jak mi było to potrzebne. 
 
A teraz poczekam, aż Wojtek się obudzi i wędruje na ryby. Z nowym kijem, kołowrotkiem i świeżymi robakami. 
 
Dobrze, że jesteś, Ufka, mimo dzielących nas różnic światopoglądowo-politycznych ;) .  Bo Kaczyńskich nadal nie trawię. 
 
Voit
O mnie Voit

Kogo banuję - przede wszystkim chamów, nudziarzy, domorosłych psychologów i detektywów-amatorów. To mój blog i to ja decyduję, kto tu będzie komentował. Powinnam to zrobić dawno, teraz zabieram się za porządki. Dyskusja - proszę bardzo, może być na wysokich tonach, ale chamstwo i nudziarstwo zdecydowanie nie. Anka Grzybowska Utwórz swoją wizytówkę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Rozmaitości