Pisz to obrzydliwe miasteczko. Gdyby nagle zbombardowali je Talibowie, Mazury zyskałyby na urodzie. Od czasu do czasu muszę tam jechać i za każdym razem klnę na czym świat stoi - 90 procent ulic jest jednokierunkowa, na dokładkę zawsze w tym „odwrotnym” kierunku i żeby gdziekolwiek dojechać trzeba okrążyć dwa jakby ryneczki, czy placyki. Żeby było jeszcze gorzej - przy każdym okrążeniu trafia się na wyjątkowej urody pomnik Gałczyńskiego pod Domem Kultury – płaską mordę, na której myśl żadna nie zagościła, osadzoną na dziwacznym postumencie. Kiedyś podejrzewałam, że to Josif Wisarionowicz, ale jakiś wyrwany z kontekstu cytat z wiersza Gałczyńskiego wydłubany na postumencie oświecił mnie, że jednak nie. Ogólnie wrażenia estetyczne są straszne.
73
BLOG
Wieczni chłopcy
Dzisiaj musiałam spotkać się z prominentnym znajomym. Ponieważ knajpy w Piszu czynne są w zadziwiających godzinach, uznałam, ze najlepszym wyborem będzie hotel nad rzeką. Hotel ma niespotykany wygląd, przebijający nawet pomnik Gałczyńskiego. Składa się z tralek. W potwornej, gargantuicznej ilości. Tralki są wszędzie, co gorsza - przetykane jakimiś rzeźbami. Między tralkami i pseudoantykiem z gipsu rosną iglaki. Dalej jest sam hotel, otralkowany ze wszystkich stron. Widać jakaś promocja była... Wlazłam do knajpy i zdębiałam. Wszystko jest z luster. Wszystko - stoły, sufit, podłoga, ściany... W tej orgii szkła odbijają się zwielokrotnione postaci nielicznych gości i znudzony kelner. Do kelnera trudno się dostać, bo nie bardzo wiadomo, który to ten prawdziwy. Do tego nie można wyjść, bo wszystkie drzwi na jakie trafiłam okazywały się fatamorganą. Są jeszcze kryształowe żyrandole, odbijające refleksy światła. Ogólnie - dom bez klamek. Wytrzymaliśmy 5 minut i przy pomocy kelnera uciekliśmy na otralkowany taras. Wiało jak cholera, ale przynajmniej nie było luster.
Wojtek dostał duże lody z parasolką i jakimiś podejrzanymi posypkami. Wymachując niezwykle ozdobną łyżeczką oświadczył z namaszczeniem:
-Kałach by się przydał.
-Co takiego?
-Oj mama, nie wiesz? Kałach! Taki jak ma Kuba. Walnąłbym po tych lustlach! Ale byłaby zabawa!
-Wojtku, ależ to nieładnie tak strzelać do luster - jęknął z lekka zaszokowany znajomy – Mogłoby się komuś coś stać!
-No! Tak bym po tym kelnerze... - rozmarzył się mój syn - Kupimy kałacha?
-Nie, nie kupimy - zaoponowałam - Nie lubię militarnych zabawek. Kupię ci samochodzik...
-Nie chce samochodzika! Chcę czołg! Walnę go z czołgu!
-Wojtusiu, tak nie można - zaczął przemowę mój znajomy – Nie można zabijać ludzi. To... No, to nie jest w porządku, to jest nieetyczne... Jakby ci wytłumaczyć? No, jakby tak mamę ktoś zabił?
-To ja bym go lozwalił! - zawrzasnął umazany lodami Wojtek - Chcę lakietę!
-Jaką rakietę?
-Taką jak pan Krzysio zimą odpalił, pamiętasz? I wpadła przez okno i się zapaliło w środku! Supel było!
-Nie, nie dostaniesz rakiety. Fajerwerki odpala się na Nowy Rok, a nie pod koniec lata. Taka jest reguła.
-Wiesz jak jest - oznajmił młody człowiek – Leguly są po to, żeby je łamać. Dziadzia tak powiedział.
-Twój ojciec jest anarchistą? - zadziwił się mój znajomy, z niedowierzaniem przyglądając się Wojtkowi, który do tej pory nie wykazywał instynktów młodocianego mordercy.
-Od urodzenia - odrzekłam z przekonaniem – kamufluje się. Wojtek, jedz te lody i idziemy. Kupimy samochodzik.
-Kałacha! - przypomniał syn - Może być czołg...
Uciekliśmy z wietrznego tarasu z tralkami i zanurzyliśmy się w dziwną plątaninę piskich uliczek. Gdzieś widziałam sklep z zabawkami z serii „wszystko za 5 złotych”. Po kilkukrotnym objechaniu obu ryneczków (sklep majaczył na horyzoncie, ale nie dało się tam w żaden sposób dojechać, za to obejrzeliśmy dokładnie pomnik Gałczyńskiego), wreszcie zaparkowałam w jakiejś uliczce. Przez ten czas mój znajomy tłumaczył Wojtkowi niewłaściwość jego zachowania:
-Wojtusiu, pamiętaj - ludzkie życie trzeba chronić. Nie można strzelać do ludzi. Nie można zabijać. Rozumiesz?
-No! To ja chcę lobota moldelcę z filmu. Załatwi to za mnie – podsumował mój syn.
Panowie poszli do sklepu, a ja zaczęłam niekończącą się dyskusję z gliniarzem, który z jakiś przyczyn uznał, że nie mogę zaparkować tam, gdzie zaparkowałam. Wreszcie - po kolejnej rundzie wokół kretyńskich ryneczków - dołączyłam do obu mężczyzn. Siedzieli na podłodze, zakopani w pistoletach, czołgach i jakiś straszliwych figurkach żołnierzy. Wyglądało to przekomicznie, bo Wojtkowi - w swoich ukochanych, podartych dżinsach i wymazanej lodami czarnej koszulce – towarzyszył mój znajomy, w znakomicie skrojonym garniturze i rozchełstanym krawacie. Obaj dzierżyli jakiś terkoczące zabawki, błyskające mnóstwem światełek i najwyraźniej świetnie się bawili.
Wyszliśmy z zabawkowego raju po pół godzinie. Obaj panowie z wypiekami na twarzach dzierżyli w objęciach pęki dziwnych przedmiotów, wśród których najważniejszym była wyrzutnia rakiet z gąbki. Koło mojego samochodu kręcił się ten sam gliniarz. Na widok mojego znajomego z lekka zdrętwiał, bo człowiek ma twarz znana z telewizji. Klnąc w żywy kamień sięgnęłam po kasę, żeby zapłacić kolejny mandat, aż tu gliniarz, cały zachwycony popatrzył na niesione atrapy wszelkich możliwych pistoletów. Oczy mu się zaśmiały. Następne 20 minut spędziliśmy koło samochodu - panowie trzej musieli wypróbować każdą z zabawek. Strzelali do siebie zza węgła.
-No cóż, zaparkowała pani w niewłaściwym miejscu po raz kolejny popełniając wykroczenie - pouczył mnie zgrzany gliniarz - Pana obowiązuje immunitet, ale to pani siedziała za kółkiem... Pouczam panią. No i tego... No, mnie to tu nie było, bo jakby się kto dowiedział... O! Dzień dobry pani Ptakowa - ukłonił się jakiejś kobiecie, od dłuższego czasu przyglądającej się nam z chodnika - No to teges. Nie?
Droga do Wojnowa wyglądała tak, jak to sobie możecie wyobrazić - panowie zaanektowali tylne siedzenie i walili przez przednią szybę do ciężarówek. Hałas był ogłuszający, terkot mieszał się z wrzaskami. Najwyraźniej mojemu znajomemu pacyfizm wyparował z głowy.
-Wiesz jak jest - mruknął pod domem, z lekka zażenowany - Reguły są po to, żeby je łamać...
Jasne. Idę na ryby. Panowie dadzą sobie radę beze mnie. Mają zamiar odpalić rakietę z gąbki.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)