Rozdział II - Kukułki i zaprzyjaźnieni mordercy
Ta knajpa niestety już nie istnieje, czego szalenie żałuję. Właścicielka przerobiła ją kilka miesięcy temu na salon piękności, ale nie tracę nadziei, że jeszcze przyjdzie po rozum do głowy i knajpę reaktywuje. Knajpa mieściła się w Nidzie, tuż obok dziwacznego sklepu GS-u. Ponieważ była to jedyna w Nidzie knajpa czynna poza sezonem, byłam jej stałym gościem - jeździłam autobusem po zakupy i musiałam dwie i pół godziny czekać na powrotny PKS. Zamiast sterczeć na mrozie, szłam na piwko.
Bar od góry do dołu zastawiony był puszkami i butelkami z piwem, spod lady sprzedawano wódeczkę. Obok baru zazwyczaj siedziała właścicielka, grając w dość krwawe gry na kompie. Z prawej strony był obskurny, niesamowicie brudny kibelek, a obok niego piętrzył się stos szmat, zużytych mopów, wiader, przypalonych naczyń kuchennych i jakiś niezidentyfikowanych gratów. W powietrzu unosił się zawsze zapach bigosu. Przy stolikach siedzieli nasi oswojeni menele, kiwając się nad Łomżą mocną (2,50 za butelkę). Szklanek nie było, ale można było wycyganić obszczerbiony kubek. Lepsze to, niż Łomża z gwinta, bo z jakiś przyczyn to piwo ma tę właściwość, że razem z kapslem zrywa się część szyjki. Okno zdobiły zasuszone roślinki doniczkowe. Paliło się na dworze, chyba że - tak jak ja – uzyskało się specjalną dyspensę.
Piwo było w zadziwiających cenach, znacznie niższych niż w okolicznych sklepach. Zainteresowało mnie to szalenie, wreszcie doczytałam datę na denku Lecha. I wszystko jasne...
Podczas moich wizyt w knajpie, poznałam zadziwiającą ilość osobników z marginesu społecznego. Kiedyś spędziłam niesłychanie zajmującą godzinę, rozmawiając z facetem, który odsiedział kilka lat za gwałt zbiorowy. Na mój widok mordy meneli rozpromieniały się - wiedzieli, że co jak co, ale piwko postawię. Potem musiałam tłumaczyć się mojej matce, dlaczego pod sklepem rzuca mi się na szyję jakiś napruty, brudny facet. Poznałam jednego mordercę, dwóch gwałcicieli, kilku złodziei (jeden nawet chciał koniecznie udzielić mi praktycznej lekcji) i cała gromadę degeneratów różnego formatu. Co więcej - zaprzyjaźniłam się z nimi, co daje mi luksus poruszania się po okolicy z uczuciem kompletnego bezpieczeństwa.
Burdy zdarzały się rzadko, ale jak już się zdarzyły, były bardzo spektakularne. Leciały okna, fruwały stoliki i butelki. Policja nie interweniowała - sprawy załatwiano we własnym gronie. Do knajpy przychodzili wyłącznie tubylcy. Przybysze po zajrzeniu przez brudną szybę wiali w podskokach, a jeśli znalazł się twardziel, który postanowił jednak zostać, był najpierw naciągany na piwko, a potem ignorowany. Jeśli i to nie pomogło, zawsze znalazł się ktoś, kto wystawił nachała na dwór.
Knajpy już nie ma. Żałuję tego szczerze. Uwielbiam takie miejsca. Zawsze, kiedy tam właziłam przypominałam sobie spelunę na konstancińskiej Grapie, prowadzoną przez mojego znajomego. Klimaty, jakie tam były... Niestety - knajpę zamknięto po tym, jak dwóch kolesi wypróbowało na sobie motylki. Jeden niestety eksperymentu nie przeżył. Byłam na pogrzebie.
***
- Patrz, kurwa - drze się od czasu do czasu Jadźka ze sklepu w Ukcie - Przyjeżdża taki z Warszawy, dwusetkami rzuca, wydać nie mam. A idź w cholerę! Rozmień se gdzieś, a nie tu szpanu zadawać! Czego chcesz? Tej szynki, co to ją warszawiak wziął?! Zdurniałaś? Toż zielona, to mu dałam. Co ja - swoich otruję?!
Spłoszony warszawiak, z podejrzaną szynką w jednej ręce i dwiema setkami w drugiej, najczęściej ucieka, wyciągając w biegu z kieszeni wszystkie drobne, byleby się Jadźka zamknęła.
Jadźkę znam od ponad 30 lat. Kiedyś prowadziła wiejski dom kultury. To u niej wypaliłam pierwszego papierosa i u niej wypiłam pierwsze piwo. Pamiętam spirytus z sokiem wiśniowym... To były fajne czasy. Biblioteczka mieszcząca się w szafce wielkości małego telewizora... „Hodowla trzody chlewnej” obok „Folwarku zwierzęcego” w bezdebitowym wydaniu...
Jadźka to dla wielu ostatnia deska ratunku - kiedy renta już się skończyła, a w domu pustki, idzie się do Jadźki. Ona zawsze wspomoże. Nagada się, ale nie odmówi. Bo mimo swojej postury, temperamentu i sposobu bycia, Jadźka to po prostu dobry człowiek. Zrozumie i samotną matkę i niedopitego menelka. Zeszyt pęka w szwach, a Jadźka jakoś gospodaruje. Ileż to razy, w drodze do przedszkola Wojtka wpadałam do Jadźki. Zazwyczaj nie miałam przy sobie kasy - nic to. Ureguluję następnym razem. Przy okazji zawsze sprzedałyśmy sobie najnowsze plotki, wspomniałyśmy zmarłych. Pamiętam, jak po śmierci Wojtka przyszłam do Jadźki. Nie byłam w najlepszej formie. Wzięła mnie na zaplecze i nad butelką żołądkowej płakałyśmy obie - ona nad swoim nieżyjącym synem, ja nad ojcem mojego dziecka. Zawsze po wizycie w sklepie, znajduję w kieszeni jedną kukułkę... Kiedyś, dawno temu robiłyśmy na tych kukułkach nalewkę ze spirytusu.
I dlatego Jadźce wybaczę wszystko - opierdole, jakie od niej dostałam, wrzaski na temat mojej fryzury, teksty typu:
-Wyglądasz jak ciotka, kurwa! Jasne?! Wywal ten sweter w cholerę i kup se jakąś kieckę! I zafarbuj te siwe włosy, bo dzieciak się wstydzić będzie! Zapomnieć trza! Zapomnieć, kumasz? Życie trwa, jasne?
I dlatego, jeśli kiedyś ochrzani Was w Ukcie sprzedawczyni, albo jakiś menel w Nidzie poprosi Was o 2 złote, nie oburzajcie się. To właśnie są Mazury. Te prawdziwe, nie Cepelia.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)