Voit Voit
95
BLOG

Błękitny kamyczek

Voit Voit Rozmaitości Obserwuj notkę 18

No i stało się. We wsi jest nowy sklep. W sklepie wprawdzie nic nie ma, ale za to jest piwo z rury. Zimne, bliżej nieokreślonej marki. Piwo reklamuje kartka w kratkę z napisem „Na kufelek zapraszamy”. Jest to wydarzenie historyczne, a co więcej -  pionierskie, bo nigdy u nas piwa z rury nie sprzedawano. Właściciel sklepu to postać we wsi znana, bowiem w poprzednim wcieleniu był poborcą haraczu za prąd, w związku z tym jego przybycie nie było zbyt mile widziane. Obecnie się przekwalifikował, a ponieważ nie daje na krechę, więc jego akcje spadły jeszcze niżej. 

Do sklepiku trafiłam w dość oryginalny sposób -  dwójka zaprzyjaźnionych ze mną bardzo młodych ludzi poinstruowała mnie, że należy się do niego dostać przez balkon. Faktycznie -  wejście do naszego nowego centrum handlowego jest dość skomplikowane, ale jakoś mi się udało. Wprawdzie najpierw usiłowałam wejść na balkon sąsiadów pana od sklepiku, ale ci spokojnie zdjęli mnie z barierki i skierowali prosto do celu. Sprawę znacznie skomplikował brak jakiegokolwiek szyldu. 
 
Za sklepem, pod inkryminowanym balkonem wystawiono potężne stoły i ławy. Przy jednym ze stołów siedzieli trzej znani mi z wyglądu panowie. O ile się nie mylę, jeden z nich jeździ szambiarką. Przywitaliśmy się serdecznie, wypiliśmy po kufelku. Pan od sklepiku użalił się, że mimo jego starań -  tu wymienił nową wieżę z CD, inwestycję w repertuar disco-polo i w nowe kufle z wizerunkiem gołej pani i napisem „wypij mnie!” -  sklepik nie stał się kulturalno-rozrywkowym centrum wsi. Może dlatego, że leży jakoś tak bez sensu -  tuż przy mostku i zewsząd do niego daleko. W każdym bądź razie dowiedziałam się, gdzie zaopatrzyć się w piwo, żelki Nimm2, sok jabłkowy i papierosy.
 
Pożegnałam pana szambiarza i jego kolegów i powędrowałam spokojnie do domu. Życie kulturalne kwitło jak zwykle w okolicach molenny, u Kaziutka. Kilku ukulturalnionych osobników w pozach swobodnych spoczywało na poboczu. Sam Kaziutek grał na harmonii i podśpiewywał, najwyraźniej uderzając w konkury do jakiejś jejmości, która cała rozchichotana popijała mętny płyn ze szklanki. Po sąsiedzku wyło disco-polo. Nikomu nie przeszkadzał wiejący wiatr i popadujący deszcz. Licznie zgromadzone towarzystwo bawiło się świetnie. Przedyskutowałam z jednym z sąsiadów ważną sprawę dziwnej reklamy cementu, która zawisła na jednym z płotów, dowiedziałam się, że na zmianę pogody nie ma co liczyć i umówiłam się na jutro na ryby na mostku. Poza tym zdobyłam flance floksów, różowych. Poszukiwałam ich od dawna, a akurat Weronka chciała się wymienić na dzikie wino, które wyjątkowo bujnie porasta mój dom.  Przypomniałam sobie tez o dziwnej sprawie nagłej, acz tragicznej śmierci moich złocieni, które od 20 lat rosły ogromną kępą na kilka metrów w górę, a w tym roku wyglądają jak trzy uschnięte patyki. Potwierdziło się moje podejrzenie, że to poszeptucha -  w zeszłym roku jedna z moich sąsiadek mi tych złocieni pozazdrościła i pewnie to złe oko. Nie jest wykluczone, że skutki działań poszeptuchy mogą być dalekosiężne! Weronka poleciła mi zakopać pod progiem gęsie jajo -  podobno wyssie urok. Gęsie jajo mam wziąć od Jureczków, o ile Jureczek wytrzeźwieje, na co raczej szybko się nie zanosi.
 
A na naszym prysiółku panuje kompletny spokój. Liście zaczynają opadać, trochę wieje, trochę pada. Cisza wokół, taka trochę nostalgiczna, jeszcze zielona, a już złocisto-czerwona. Z piwem w garści usiadłam na przerobionym na tymczasową galerię tarasie. Ledwo wypiłam łyk, zaczęło się. Niemcy. Inwazja jakaś, cholera. Wykupili, co się dało. Zaraz po nich pojawił się kurier z dostawami, bo wszystko od kilku dni świeciło pustkami. Przywiózł towar od kilku osób. Zabrałam się za wypakowywanie. „A, cholera z tym -  pomyślałam -  Dzień taki fajny, na dzisiaj koniec. Basta.” Gdzieś zza górki dobiegał ledwo słyszalny głos harmonii Kaziutka. Muszę skombinować to gęsie jajo... 
 
A przede mną, na biurku leży sobie kamyczek, śliczny, błękitny agat. Dostałam go dzisiaj od dwojga niezwykłych, pełnych ciepła ludzi, których zawsze chciałabym mieć za przyjaciół. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze się spotkamy. To nasi znajomi z Salonu 24. Trzymam ten kamyczek w ręku i jak zwykle wierzę, że świat jest naprawdę fantastyczny. I ta harmonia zza górki, te opadające liście, mój syn, który właśnie przyniósł mi prezent w postaci znakomitej grafiki własnego autorstwa, moje psy i koty. Moi sąsiedzi, moi rodzice. Znalazłam moje miejsce na Ziemi. Żeby tylko jeszcze Jureczek wytrzeźwiał i mi to gęsie jajo sprezentował...    
 
***
 
 
Mea culpa. Zapomniałam. Tu dwie ikony czekaja na wieści o imionach dzieciaków. Prawdziwe, pisane. I taka jedna inna. Sami zobaczycie.  Na kołacze poczekacie -  teraz nie czas na pieczenie. Czekamy z pisatieliem na wieści. 
 
 
 
Voit
O mnie Voit

Kogo banuję - przede wszystkim chamów, nudziarzy, domorosłych psychologów i detektywów-amatorów. To mój blog i to ja decyduję, kto tu będzie komentował. Powinnam to zrobić dawno, teraz zabieram się za porządki. Dyskusja - proszę bardzo, może być na wysokich tonach, ale chamstwo i nudziarstwo zdecydowanie nie. Anka Grzybowska Utwórz swoją wizytówkę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (18)

Inne tematy w dziale Rozmaitości