Pora więc zacząć moje narzekanie.
Jeden z grzechów głównych archeologii: brak publikacji. Koszmar moich studiów, przygotowywania pracy magisterskiej i pisania jakiejkolwiek innej pracy lub artykułu. Bo jak inaczej nazwać sytuajcę, kiedy o danym stanowisku wiadomo tylko tyle, że...było badane i w którym roku. Tak wygląda to w wielu przypadkach.
Pytam się: "po co to kopiesz idioto?!" W innych słowach było by bowiem zbyt delikatnie, a ja do delikatnych nie należę, chociaż tak wyglądam (wielu już na ich nieszczęście dało się zwieść na mój dobroduszny wygląd). Największy debilizm jaki może być to przeryć stanowisko, zapakować zabytki (które na dodatek po jakimś czasie w cudowny sposób znikną) i nie opublikować ich wyników. Czym to się różni od grabieży stanowisk archeologicznych? Zupełnie niczym. I to i to jest kradzieżą!
Wiąże się to jeszcze z czymś innym. Otóż kiedy pisałem moją magisterkę natknąłem się na takie nie opublikowane stanowisko. Logika podpowiedziała mi więc, żeby zwrócić się do owego matoła, który to kopał (z tytułem doktora...). Dzwonię więc do tego muzeum i przedstawiam mu sytuację, że chcę się zapoznać z wynikami i nagle słyszę: "to jest wykluczone, bo materiały są niepublikowane i należą DO MNIE". Z krzesła prawie spadłem i w szoku odłożyłem słuchawkę. Po chwili dotarło jednak do mnie jaką "mądrość" ten człowiek wypowiedział. Co to znaczy "należy do mnie"? Czy ma on prawo zawłaszczać sobie to co należy do wszystkich? Wszyscy jesteśmy właścicielami tej wiedzy. Złodziej, zawsze będzie złodziejem.
Ci, którzy nie publikujecie po 20-30-50 lat wyników swoich prac wykopaliskowych bądźcie przeklęci! Niech wam się nic nie udaje, wyrośnie trzecia ręka, dom zmiecie trąba powietrzna, a teściowa przez wieki ględzi wam za uszami. Tego wam z całego serca życzę, bo jesteście zwykłymi złodziejami, a to właściwie nadaje się do prokuratury. Amen.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)